Anfield szykuje się na typowo angielski thriller rodem z Pucharu Anglii. Liverpool, mimo że jest absolutnym faworytem, musi podchodzić do starcia z Barnsley z należytą ostrożnością. Czy Czerwoni unikną kompromitacji w starciu z ekipą League One, czy może czeka nas kolejna „szesnastka” pełna niespodzianek, która wstrząśnie kibicami The Reds? Przeanalizujmy sytuację kadrową obu zespołów przed tym fascynującym pojedynkiem.

Pułapka na Anfield: Dlaczego The Reds nie mogą spać spokojnie?
Choć na papierze zestawienie Liverpoolu z Barnsley w trzeciej rundzie FA Cup wydaje się jednostronne, historia futbolu – zwłaszcza tej angielskiej – ubezwłasnowolnia nas przed przedwczesnymi werdyktami. Liverpool wchodzi w ten mecz z serią dziesięciu meczów bez porażki, co jest fenomenalnym wynikiem, ale – i tu pojawia się haczyk – zanotowali oni ostatnie trzy remisy z rzędu. Ta tendencja do tracenia koncentracji w kluczowych momentach, lub może nadmierna rotacja składem, musi niepokoić Jürgena Kloppa. Z drugiej strony, Tykes z League One są w dołku – trzy porażki i jeden remis w czterech ostatnich spotkaniach. Wydawałoby się, że to idealny moment na rehabilitację dla giganta, ale dla outsidera to może być słynne „teraz albo nigdy”.
Sparing partnerów, czyli kadrowa wojna domowa w Liverpoolu
Kluczowym elementem analizy przed pucharowym starciem są oczywiście składy. Liverpool boryka się z kontuzjami, które drastycznie wpływają na rotację w pierwszej drużynie. W starciu z Barnsley Czerwoni na pewno nie będą mogli skorzystać z kilku kluczowych postaci. Poważnie wyglądają urazy Alexandra Isaka (noga) oraz Giovanniego Leoni (zerwane więzadło krzyżowe), co jest ogromnym ciosem w kontekście głębokości składu. Do tego dochodzą problemy stopera Wataru Endo (kostka) i Stefana Bajcetica (ścięgno podkolanowe).
Najważniejszą absencją, poza kontuzjami, jest Mohamed Salah, który udał się na Puchar Narodów Afryki. To wybiło z rytmu ofensywę Liverpoolu. Dodatkowo dochodzą urazy Conora Bradleya (kolano). Największym znakiem zapytania jest stan zdrowia Hugo Ekitike, który narzeka na uraz ścięgna podkolanowego. Pytanie brzmi, jak bardzo Klopp zdecyduje się oszczędzać podstawowych graczy, wiedząc, że ich forma jest kluczowa w walce o wszystkie trofea.
Przewidywany skład Liverpoolu, bazując na dostępnych informacjach, wygląda intrygująco i może sugerować mieszankę rezerw z kilkoma nazwiskami, które potrzebują minuty na murawie: Mamardashvili; Ramsay, Gomez, Robertson, Kerkez; Nyoni, Mac Allister; Frimpong, Jones, Ngumoha; Chiesa. To jest skład, który powinien poradzić sobie z ekipą z niższej ligi, ale brak tu „zęba” i pewności, który daje regularnie grająca pierwsza jedenastka.
Barnsley: Szansa na futbolowy rozgłos i kadrowe oszczędności
Przejdźmy do gości, czyli Barnsley. Ich sytuacja ligowa nie jest najlepsza, ale puchar to zupełnie inna bajka. Fakt, że w drużynie z League One praktycznie nie ma problemów ze skontuzjowanymi, to świetna wiadomość dla menedżera. Jedynym problemem jest zawieszenie Luca Connella, co jest pewną stratą, ale w obliczu potęgi rywala, reszta składu jest dostępna.
Przewiduje się, że Barnsley ustawi się defensywnie, próbując zneutralizować ataki Liverpoolu i licząc na szybkie kontrataki. Prognozowany skład gości to: Mahoney; Watson, Gevigney, Shepherd, Earl; Phillips, Bland; Jalo, Kelly, McGoldrick; Keillor-Dunn. To klasyczna, fizyczna jedenastka, która z pewnością nie będzie bała się walki wręcz z utytułowanym rywalem. Ich jedynym atutem jest brak presji i możliwość zagrania „bez trzymanki”, co w meczach pucharowych bywa zabójcze dla faworytów.
Czy Liverpool zagra na pół gwizdka i ukarany zostanie?
Kibice The Reds mają jeden cel: uniknięcie „wpadki”. Przecież każdy poważny klub musi być w stanie awansować w pucharze przeciwko drużynie z trzeciego poziomu rozgrywkowego. Jednakże zmęczenie, rotacje i te nieszczęsne trzy remisy z rzędu sugerują, że Liverpool może nie wejść w ten mecz z pełną energią.
Jak zauważa Sports Mole, „The Reds są niepokonani w ostatnich 10 meczach, ale zremisowali wszystkie swoje ostatnie trzy wyjazdy”. To jest statystyka, która krzyczy o potrzebie przełamania. Jeżeli Liverpool nie narzuci tempa od samego początku i nie wykorzysta swoich sytuacji, Barnsley, które nie ma nic do stracenia, może spróbować podbić stawkę i sprawić, że Anfield zamieni się w studnię nerwów. To fascynujące starcie, w którym niepowodzenie The Reds byłoby natychmiast okrzyknięte jedną z największych sensacji sezonu.