Nadchodzi kryzys na Anfield, czy może to tylko chwilowa zadyszka przed eksplozją formy? Oto meksykańska ruletka emocji, jaką przeżywa obecnie drużyna Arne Slota, która staje naprzeciw wilków z Wolverhampton, desperacko walczących o przetrwanie w Premier League. Będzie to starcie dwóch diametralnie różnych narracji, a wynik może zadecydować o trajektorii reszty sezonu dla obu ekip.

Od bohatera do zera w mgnieniu oka: Symfonia upadku i odbudowy pod wodzą Slota
Spis treści
Arne Slot, na szerszej scenie, zaliczył w najłagodniejszy możliwy sposób rajd od bohatera do postaci, która budzi niepokój na Anfield. Początek sezonu był idylliczny – pięć kolejnych zwycięstw w Premier League dało kibicom poczucie, że nadchodzi nowa era. Jednak ta bańka pękła niczym przestarzała opona, gdy seria ta została brutalnie przerwana. „Potem przegrali sześć z kolejnych siedmiu meczów, a także ponieśli porażki w Lidze Mistrzów z Galatasaray i PSV, a także w Pucharze Ligi z Crystal Palace” – tak, to był moment, w którym światła nad rzeką Mersey zaczęły przygasać.
Największą zagadką stała się integracja letnich transferów. Slot, mimo ogromnego potencjału sprowadzonego narybku, nie potrafił wydobyć z nich esencji. Florent Wirtz i Hugo Ekitike meldowali się na Anfield z jasnymi sygnałami formy, ale regularnie lądowali na ławce rezerwowych, co budziło konsternację ekspertów. Milos Kerkez miał swoje problemy z regularnością, a Jeremie Frimpong, kluczowy na skrzydle, wypadł z powodu problemów z mięśniami dwugłowego uda. Kulminacją było odważne, wręcz radykalne, posunięcie – odsunięcie od składu Mohameda Salaha. Choć ostatnie tygodnie przyniosły pewne ożywienie – pięć meczów bez porażki w lidze – to jakość gry pozostawia wiele do życzenia. To jest ten kluczowy moment decyzyjny: „Albo bańka pęknie i ta seria bez porażki zamieni się w serię bez zwycięstw, albo pewność siebie wzrośnie i wyniki zaczną dorównywać występom. Na razie jest za wcześnie, by stwierdzić, które jest bardziej prawdopodobne”.
Wilki na dnie: Czy Rob Edwards złapie wiatr w żagle, czy czeka ich nieuchronny spadek?
Podiom w Wolverhampton to zupełnie inna historia, naznaczona chronicznymi problemami. The Wolves od miesięcy borykają się z kryzysem egzystencjalnym, który nie ustąpił nawet po zmianie menedżera. Zwolnienie Vítora Pereiry i przyjście Roba Edwardsa z Middlesbrough nie przyniosło „nowego powiewu menedżerskiego”. Wręcz przeciwnie, Edwards zanotował serię sześciu porażek z rzędu. Są przykuci do dna tabeli z zaledwie dwoma punktami, a spadek wydaje się być formalnością – 16 punktów straty do bezpiecznej strefy to przepaść.
A jednak, statystyki sugerują, że The Wolves mają w sobie więcej niż suma ich ostatnich wyników. W starciach z Nottingham Forest czy Brentford wskaźnik oczekiwanych goli (xG) był równy, a mimo to schodzili z boiska pokonani. Sensacyjna porażka z Arsenalem przypieczętował gol samobójczy w 94. minucie. To frustrujące, kiedy pech idzie w parze z brakiem jakości. „Zasługują na odrobinę szczęścia. Może doczekają się go na Anfield?” – to pytanie, które musi spędzać sen z powiek obozowi gości.
Oś konfliktu: Ekitike kontra Larsen – kto pociągnie za sznurki w osłabionych składach?
Przy tak poważnych problemach kadrowych, ciężar odpowiedzialności spada na barki jednostek, które jakimś cudem utrzymują się na powierzchni ligowej fali. W szeregach Liverpoolu sytuacja personalna jest dramatyczna, co sprawia, że uwaga skupia się nie na Salahu (nieobecnym na PNA), ale na absolutnym odkryciu ostatnich tygodni.
Dla The Reds kluczowy jest Hugo Ekitike. Z powodu zawieszenia Dominika Szoboszlaia, kontuzji Alexandra Isaka oraz niepewności co do Cody’ego Gakpo, presja na Egiktike jest ogromna. I na razie on to udźwiga – zanotował pięć bramek w ostatnich trzech występach dla The Reds, stając się nieoczekiwanym frontmanem ofensywy. Jeśli ten młody zawodnik nie utrzyma formy, cała konstrukcja ofensywna może się rozpaść.
Po stronie Wolverhampton, naturalnym liderem ataku jest potężny Jørgen Strand Larsen. Mimo że nie wykorzystał rzutu karnego przeciwko Brentford, jest fizyczną udręką dla każdego defensora. Liverpool, niestety dla siebie, miewał problemy z bezpośrednimi, silnymi fizycznie napastnikami w tym sezonie. Larsen ma fizyczne atrybuty, by sprawić niemałe kłopoty duetowi Ibrahima Konaté i Virgil van Dijk. Choć nie nazwiemy go ich kryptonitem, to z pewnością będzie czynnikiem, wymuszającym na stoperach skupienia na 100%.
Kataklizm kadrowy: Lista nieobecnych, która mrozi krew w żyłach
W tym starciu kluczowe będą absencje, bo obie drużyny przystępują do meczu w stanie głębokiego osłabienia, choć z różnych powodów.
Liverpool boryka się z syndromem „piątej kartki” – Dominik Szoboszlai pauzuje po otrzymaniu kolejnego upomnienia przeciwko Spurs. Dodatkowo, urazy wykluczają kluczowych graczy: Alexander Isak ma przerwę spowodowaną kontuzją kostki i złamaniem nogi, odniesionymi w tym samym pechowym meczu. Giovanni Leoni odpoczywa z zerwanym więzadłem krzyżowym (ACL), a Conor Bradley opuścił boisko w przerwie przeciwko Tottenhamowi i jego występ stoi pod znakiem zapytania. Choć Cody Gakpo może wrócić, Slot nie zamierza ryzykować z wciąganiem go w wir walki, gdy ma tyle innych problemów. No i oczywiście, Salah jest na Pucharze Narodów Afryki.
Wolverhampton to prawdziwa sala chorych. Ich lista strat jest wręcz komiczna. Z kontuzjami borykają się Jean-Ricner Bellegarde, Marshall Muntesi, Rodrigo Gomes i Hugo Bueno. Dodatkowo, na Pucharze Narodów Afryki przebywają Emmanuel Agbadou i Tawanda Chirewa. W obliczu takiego osłabienia, każdy punkt zdobyty przez The Wolves będzie wyglądał na mały cud.
Optymizm wbrew logice, czyli prognoza na Anfield
Biorąc pod uwagę całą mozaikę problemów kadrowych, mieszankę nieprzekonujących występów w ostatnich tygodniach u gospodarzy oraz desperacką, choć pechową grę gości, trudno oczekiwać pięknego widowiska. Liverpool ma jakość, która absolutnie musi wystarczyć, by pokonać drużynę z dna tabeli, nawet grając nieefektywnie. Jednak historia uczy, że Puchar Anglii i mecze ligowe przeciwko zespołom zmotywowanym walką o przetrwanie, często kończą się niespodziankami. Mimo wszystko, instynkt podpowiada, że to gospodarze zgarną pulę.
Prognozujemy skromne 2-1 dla gospodarzy. Nie spodziewajcie się, że The Reds rozbiją rywala – raczej ugrają minimalne zwycięstwo, które pozwoli im utrzymać morale, ale niekoniecznie uspokoi kibiców co do stylu gry Arne Slota.