Emocje po międzynarodowej przerwie powracają do Premier League, a my spoglądamy na stary, ale wciąż żywy konflikt – Północnolondyńskie Derby. Czy Arsenal, który jeszcze niedawno wydawał się niezagrożony na szczycie, zdoła utrzymać dystans nad goniącym Manchesterem City, czy też Tottenham dostarczy kolejną dawkę nieprzewidywalności? Przygotujcie się na analizę, która odczaruje status quo przed tym elektryzującym starciem.

Czy Arsenal wciąż ma Manchester City w lusterku bocznym? Wyzwania po przerwie reprezentacyjnej
Spis treści
Wyglądało na to, że liga została już rozstrzygnięta, ale futbol bywa przewrotny. Remis Arsenalu z Sunderlandem w 92. minucie, kiedy to Brian Brobbey doprowadził do wyrównania, pokazał, że „Kanonierzy” nie są niezniszczalni lśniący w blasku pierwszoplanowego kandydata do tytułu. Choć Mikel Arteta i jego ekipa zasługują na cztery punkty przewagi, jaką mieli nad resztą stawki, efekt domina po pogromie Liverpoolu przez Manchester City sprawił, że trzeba zrewidować perspektywę. Pamiętajmy, obiekty w lusterku bocznym są bliżej, niż się wydaje – to stara mądrość, którą Pep Guardiola z pewnością wpojony jest swoim zawodnikom. Pytanie brzmi: czy sztab szkoleniowy Arsenalu zdążył naprawić wszelkie drobne usterki po międzynarodowej pauzie?
Tottenham: Teoria szarad i katastrofalne derby
Jeśli spojrzymy na Tottenham Hotspur, mamy do czynienia z zespołem-paradoksem, „jajkiem kurczaka” – jak to trafnie określono. Recenzje ich ostatnich występów bywają histeryczne, sugerujące spadek na niższe lokaty, tymczasem wciąż zajmują solidne piąte miejsce. Ich ostatni występ przeciwko Manchesterowi United to esencja stylu „Peak Spurs”: prowadzenie w doliczonym czasie gry, by stracić je kilka minut później.
O ile gorzej wygląda ich statystyka w bezpośrednich starciach z lokalnym rywalem. Nie ma co owijać w bawełnę: Spurs zdobyli zaledwie jeden punkt w ostatnich sześciu meczach Północnolondyńskiego Derby. Co więcej, ich bilans na Emirates Stadium jest wręcz fatalny. Po dwudziestu latach gry na tym obiekcie, Spurs wygrali tam tylko dwukrotnie (2:0 w Pucharze Ligi w grudniu 2018 r. i 3:2 w listopadzie 2010 r.). To statystyka, która działa na nerwy kibiców gości i daje olbrzymi bufor psychologiczny gospodarzom.
Czy obrona Kogutów wytrzyma ostrzał z Emirates?
Wielu analityków sugeruje, że dla defensywy Tottenhamu czeka „długie popołudnie”. Zmagania z kontuzjami w linii ataku Arsenalu sprawiły, że duża część ofensywnego ciężaru może spocząć na ramionach Leandro Trossarda, który wszedł z ławki w Sunderlandzie i dał drużynie prowadzenie 2:1. Jeśli urazy nadal będą gryźć Arsenal, to Trossard może wyjść w pierwszym składzie.
Jeśli rywale zamierzają atakować stałymi fragmentami gry – a Arsenal w tym sezonie potrafi być w tym aspekcie momentami wręcz „rolniczy”, lecz skuteczny – to kluczowe będzie skupienie Micky’ego van de Vena. Holenderski stoper Kogutów będzie musiał być w szczytowej formie, by zinwidować napór gospodarzy.
Szok na Emirates: Kontuzja Gabriela to cios dla Artety
Największą bombą informacyjną z przerwy reprezentacyjnej był uraz Gabriela podczas meczu towarzyskiego Brazylii z Senegalem, który notabene odbył się właśnie na Emirates Stadium. Uraz wykluczy go z gry na kilka tygodni, co jest gigantycznym ciosem dla defensywy „Kanonierów”.
Arteta musi żonglować dostępnym składem w obliczu plagi problemów zdrowotnych. Na liście kontuzjowanych i zdrowiejących znajdują się tacy gracze jak Viktor Gyökeres, Gabriel Martinelli, Martin Ødegaard, Kai Havertz, Noni Madueke i Gabriel Jesus. Choć powrót Gyökeresa, Martinellego i Madueke jest niepewny, to ich potencjalna obecność mogłaby diametralnie zmienić obraz ataku.
U Spurs sytuacja kadrowa nie wygląda lepiej. Dalej poza grą pozostają James Maddison, Dejan Kulusevski, Dominic Solanke, Ben Davies, Radu Dragusin, Yves Bissouma, Archie Gray, Kota Takai i Lucas Bergvall. Dodatkowo, Randal Kolo Muani ma problem ze szczęką. Z drugiej strony, są pewne pozytywne sygnały: Mohammed Kudus, który opuścił ostatnie mecze, być może wróci na to spotkanie. Wzmocnieniem powinny być powroty Cristiana Romero i Pape Sarr’a, którzy „powinni” zagrać.
Czy derby muszą być emocjonujące? Arsenal woli dowieźć wynik
Fatalna passa Tottenhamu w derbach nie zostawia złudzeń kibicom Kogutów co do pozytywnego scenariusza. Chociaż krytyka pod adresem formacji Thomasa Franka bywa przesadzona, utrzymuje się ich kuriozalna natura – są jednocześnie absolutnie przewidywalni i totalnie nieprzewidywalni. Mówiąc językiem kwantowej fizyki – to jest „Schrödinger XI”. Jeśli będą w pełni skoncentrowani, mogą urwać punkty, ale wszelkie przesłanki wskazują na problemy.
Arsenal, pomimo straty punktów w ostatnim meczu, wciąż ma cenny bufor punktowy nad rywalami walczącymi o czołówkę. Ich styl gry, oparty czasem na solidnej defensywie i wykorzystywaniu stałych fragmentów, choć bywa krytykowany za brak polotu, jest cholernie skuteczny. Biorąc pod uwagę słabość Spurs na Emirates i problemy kadrowe obu drużyn, trudno jest postawić na sensację. Zwycięstwo gospodarzy na 1:0 wydaje się być najbardziej prawdopodobnym scenariuszem – i, jak widzieliśmy już trzykrotnie w tym sezonie Premier League, to jest dokładnie ten typ wyniku, który „Kanonierzy” lubią najbardziej.