Bordalás: architekt brzydkiego futbolu, który z Getafe walczy o Europę
Zapomnijcie o „cornerball” Artety czy „parkowaniu autobusu” Mourinho. Prawdziwą rewolucją w hiszpańskim futbolu okazuje się filozofia 62-letniego trenera, która budzi skrajne emocje. Styl, który sprawia, że krew wrze w żyłach pedantów z Barcelony, jest jednak piekielnie skuteczny.
Styl, który doprowadza do furii katalońskie autorytety
Filozofia gry José Bordalása jest tak odległa od ideałów tiki-taki, jak to tylko możliwe. To podejście, które łamie wszelkie kanony lansowane przez szkoły myślenia takie jak ta z Camp Nou. Już w 2020 roku Quique Setién, ówczesny szkoleniowiec Barcelony, nie owijał w bawełnę, mówiąc o stylu Bordalása: > „To nie jest futbol. To coś innego i doprowadza mnie do szału”.
Nie ma co się dziwić, że zwolennicy płynnej gry podaniami nie darzą Bordalása sympatią. Xavi Hernández, kontynuując tę linię, dorzucił, że > „Normalni ludzie nie chcą oglądać takiego futbolu” po tym, jak jego drużyna musiała zadowolić się frustrującym remisem przeciwko ekipie Bordalása. Ale czy skuteczność musi być piękna? Dla Getafe odpowiedź brzmi: niekoniecznie.
Mistrzowie „cegła po cegle” – powrót do korzeni
To już drugi epizod Bordalása w Getafe. Po spadku klubu w sezonie 2015/2016, to jemu powierzono zadanie natychmiastowego powrotu do elity. Jak można się było spodziewać, nie było to widowiskowe kino, ale prawdziwa, „mięsna” robota. I zadanie zostało wykonane.
Nikt nie oczekiwał, że Getafe cokolwiek ugra po powrocie do LaLiga. Tymczasem podopieczni Bordalása zszokowali wszystkich, kończąc sezon na ósmym miejscu, zaledwie trzy punkty za Sevillą i miejscami gwarantującymi grę w europejskich pucharach. Statystyki z tamtego sezonu mówią wszystko: Getafe było ostatnie (20. miejsce) pod względem średniego posiadania piłki (39,5%), dokładnych podań na 90 minut (199,3) oraz kontaktów z piłką w strefie obronnej rywala (632). Za to w klasyfikacji straconych goli na 90 minut zajmowali trzecie miejsce (0,9). Była metoda w tym, co wielu nazywało szaleństwem.
Gdy nadszedł sezon 2018/2019, media znowu skreślały Getafe, wróżąc im status „jednosezonowego fenomenu”. Czy można utrzymać sukces grając w ten sposób? Okazało się, że tak, i to grając jeszcze lepiej. Tylko gol Gerarda Moreno w 87. minucie meczu ostatniej kolejki (zakończonego remisem 2:2) pozbawił Bordalása szansy na Ligę Mistrzów.
Po kilku słabszych sezonach Bordalás odszedł do Valencii, a Getafe postanowiło postawić na progresywnego trenera, Quique Sáncheza Floresa. W Walencji Bordalás zajął dziewiąte miejsce i dotarł do finału Pucharu Króla, ale jego styl okazał się zbyt gorzką pigułką dla kibiców. Wrócił do Getafe po dwóch latach, gdy zmiana kierunku okazała się błędem – Flores notował dwa sezony z rzędu, kończąc rozgrywki na 15. pozycji.
Brutalna efektywność w teraźniejszości
Obecnie Getafe pod wodzą Bordalása ponownie awansowało do europejskich pucharów, tym razem Ligi Konferencji, wyprzedzając Rayo Vallecano o zaledwie punkt. Przy obecnej sile ligi i budżetach, Getafe naprawdę wyprzedza swoje wagi. Klub plasuje się na 12. miejscu pod względem wydatków na pensje w kadrze, a tylko jeden z jego kluczowych graczy, Borja Mayoral, znajduje się wśród 100 najlepiej opłacanych piłkarzy LaLiga.
Statystyki tego sezonu malują obraz drużyny szybkiej, bezpośredniej i, bądźmy szczerzy, trudnej do oglądania. Gracze Bordalása to mistrzowie „czarnej roboty”, za którą nawet Mourinho mógłby się rumienić. Getafe popełniło najwięcej fauli na mecz w lidze (15,2), zgromadziło drugą co do wielkości liczbę żółtych kartek (103) i trzecią liczbę czerwonych (osiem). Obserwując ich mecze, natychmiast zauważa się charakterystyczną cechę – długie okresy, w których piłka jest poza grą.
Bordalás sam odniósł się do tego, sugerując, że problemem nie są jego zawodnicy, ale tendencje sędziowskie w Hiszpanii: > „Istota futbolu jest trochę gubiona, a zbyt dużą wagę przywiązuje się do rzeczy naturalnych. Na przykład, jesteśmy ligą, gdzie, i to nie jest krytyka, odgwizduje się każdy faul, nie ma rytmu gry, nie ma pomocy prawie nikogo. Wszystko jest wyolbrzymiane. Oglądamy niesamowite sytuacje, za które podyktowano rzuty karne.”
Metodyczny mur defensywny, czyli jak nie stracić
Pozostałe statystyki są po prostu uderzające. Getafe było na samym dnie tabeli pod względem oczekiwanych bramek (xG – zaledwie 30,6), strzałów celnych na mecz (2,8), wykreowanych „dużych szans” (48), dokładnych podań (198,4) i kontaktów z piłką w strefie rywala (582). Nic dziwnego, że średnia frekwencja na stadionie (8196 widzów) również jest niska – może to świadczyć o tym, że kibice lubią patrzeć na bardziej otwartą grę.
Teoretycznie, przy tak słabych wynikach ofensywnych (tylko Real Oviedo strzelił mniej goli), Getafe powinno wylecieć z ligi. Ale organizacja gry w defensywie jest wzorowa. Getafe zajęło trzecie miejsce pod względem xG straconych (42,3), trzecie pod względem przechwytów na mecz (8,9), czwarte pod względem odbiorów (18) i trzecie pod względem wybić z pola karnego (28). Co więcej, zespół Bordalása stracił najmniej rzutów karnych w lidze (zaledwie cztery), co jest kosmicznym osiągnięciem.
José Bordalás jest postacią wybitnie polaryzującą w hiszpańskim futbolu. Jest agitator, jest disruptorem, kimś, kto nie boi się robić rzeczy inaczej. Niezależnie od sympatii, okoliczności i krytyki ze strony „szkoły tiki-taka”, Getafe czerpie z tej filozofii wymierne korzyści.
Dyskusja
Komentarze 0
Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.
Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.