To miał być spacer po miodzie, a wyszło jak zwykle: ciągłe remisy wpędzają Liverpool w kryzys narracyjny. Czy The Reds wreszcie przełamią klątwę ligowych remisów na gorącym terenie w Bournemouth, czy też kadłub Arsène’a Slota zatonie w odmętach słabszej formy? Zapowiada się starcie kontrastów, gdzie europejski blask zderzy się z ligową udręką.

Premier League w potrzasku: Cztery remisy z rzędu i widmo pościgu
Liverpool wchodzi w ten weekendowy mecz z pewną dozą paradoksu; z jednej strony, mogą pochwalić się serią trzynastu meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach – statystyką, której pozazdrościłby im niejeden gigant europejskiego futbolu. To oni mają najdłuższą serię niepokonania w pięciu największych ligach Starego Kontynentu! Z drugiej strony, w Premier League balansują na krawędzi, a ich ostatnie cztery ligowe starcia zakończyły się podziałem punktów. Ostatni weekend to rozczarowujący, wymęczony remis 1-1 z Burnley.
Ta seria remisów to coś, co dla kibiców The Reds po prostu nie przystoi. Historia mówi, że Liverpool nie notował pięciu kolejnych ligowych podziałów punktów od 1980 roku! Taka statystyka w środku sezonu 2026 to nic innego jak sygnał alarmowy. Choć – o ironio – mimo tej posuchy w lidze, wciąż utrzymują upragnioną pozycję gwarantującą Ligę Mistrzów na kolejny sezon, to przewaga stopniała. Manchester United i Chelsea depczą im po piętach, a stawka maleje do zaledwie dwóch punktów różnicy. W kontekście tego, że wygrana z Burnley była na wyciągnięcie ręki, ten remis był politycznym samobójstwem w walce o szczyt.
Na szczęście dla morale na Anfield, dwudniowy odpoczynek od ligowego mielonego dał im solidny zastrzyk pewności siebie w Europie. Zwycięstwo 3-0 nad Olympique Marsylia w Lidze Mistrzów pokazało, że maszyna Slot potrafi funkcjonować, a Super Szoboszlai jest w rewelacyjnej formie. Ten triumf zdusił na razie spekulacje dotyczące przyszłości trenera. Mimo to, bez ligowej wygranej od końca 2025 roku (ich ostatnie zwycięstwo to triumf 2-1 nad Wilkami), wyjazd na południe Anglii to absolutny must-win.
Bournemouth: Ostoja chaosu i spektakularne kiks
Przesuńmy wzrok na drugą stronę barykady, na The Cherries. Bournemouth zdobyło swoje pierwsze ligowe punkty w 2026 roku, ale jak to u nich w tym sezonie – z wielkim bólem! Zaledwie dwa dni przed wyjazdem Liverpoolu, zremisowali 1-1 z Brighton po prawdziwym festiwalu widowiskowości i defensywnej nieporadności. Kiedy wydawało się, że gol z rzutu karnego Marcusa Taverniera wystarczy do wygranej, na scenę wszedł młodzieżowy talent Charalampos Kostoulas i strzelił gola nogą za głowę, dosłownie kasując The Cherries dwa punkty w doliczonym czasie gry.
Andoni Iraola ma powody do frustracji. Odkąd pokonali Tottenham na początku listopada, wygrali zaledwie jeden z ostatnich czternastu meczów w lidze i ogólnie. Mimo to, paradoksalnie, zajmują 15. miejsce i – punktowo – są bliżej czołówki niż strefy spadkowej. Ostatnio stracili jednak kluczowego gracza – Antoine Semenyo odszedł do Manchesteru City, co jest kolejnym ciosem dla ich ofensywy.
Statystyki bezpośrednich starć z Liverpoolem to dla nich koszmar. W trzynastu meczach Premier League z The Reds, Bournemouth wygrało zaledwie jeden raz. Porażka Liverpoolu 4-2 na inaugurację sezonu 2026 była pewnym wyjątkiem. Zwróćmy uwagę na jedną przerażającą liczbę: The Cherries stracili aż 52 bramki w starciach z Liverpoolem w lidze – to ich rekord przeciwko jednej drużynie w historii Premier League, statystycznie równy z tym, co notowali przeciwko Manchesterowi City. Biorąc pod uwagę, że ich ostatnie osiem spotkań to scenariusz „obie drużyny strzelają i tracą”, spodziewać się możemy otwartego widowiska.
Kadrowy rollercoaster: Powrót supergwiazdy kontra wycieczka do gabinetu lekarskiego
Sytuacja kadrowa obu ekip to klasyczny obraz pędzącego na złamanie karku Liverpoolu i walczącego o przetrwanie Bournemouth.
W szeregach The Reds, największą niewiadomą jest Federico Chiesa, który narzekał na niesprecyzowany uraz, choć brał udział w rozgrzewce przed Marsylią. Jego absencja byłaby sporym problemem dla już i tak przetrzebionej ofensywy. Z drugiej strony, mamy absolutnie kluczowy powrót. Mo Salah, po powrocie z Pucharu Narodów Afryki, zagrał w środę i teraz jest gotowy na pierwszy ligowy start od zeszłorocznego listopada! To zastrzyk jakości, który może natychmiast przełamać strzelecką niemoc. Nadal nieobecni są Isak, Bradley i Leoni, ale Ibrahima Konate powinien wrócić po krótkiej nieobecności z powodów osobistych.
U Iraoli sytuacja wygląda gorzej. W remisie z Brighton kontuzji doznali Marcus Tavernier, który, jak przyznał trener, będzie pauzował „przez jakiś czas” z urazem ścięgna podkolanowego. Amine Adli na szczęście powinien być gotowy do gry. Ich lista kontuzjowanych jest długa i obejmuje m.in. Dennisa, Unaia, Brooksa, Adamsa i Kluiverta. Jedyną dobrą wiadomością transferową jest sprowadzenie młodego Węgra, Alexa Totha za 10,4 miliona funtów, który zapewne usiądzie na ławce.
Bournemouth możliwy skład: Petrovic; Smith, Hill, Senesi, Truffert; Scott, Cook; Jimenez, Kroupi, Adli; Evanilson
Liverpool możliwy skład: Alisson; Frimpong, Konate, Van Dijk, Kerkez; Gravenberch, Mac Allister; Salah, Szoboszlai, Wirtz; Ekitike
Werdykt: Czas na przełamanie?
Biorąc pod uwagę tendencję Bournemouth do otwartej gry (co potwierdza ich ostatnia seria rezultatów, gdzie obie strony strzelają) oraz głód zwycięstwa Liverpoolu, szczególnie po wzmocnieniu składu przez powrót Salaha, stawiam na gości. Może i Liverpool jest zmęczony intensywnością europejskiego boju, ale styl Iraoli nie sprzyja zamykaniu się w okopach. Liverpool ma jakość, by te szanse wykorzystać i w końcu zakończyć tę serię ligowych rozczarowań. Przewiduję wynik 1-2 dla The Reds.