Niska kreacja Arsenalu: czy to zwiastun kryzysu w Lidze Mistrzów i Premier League?
Ostatnie wyniki Arsenalu, zwłaszcza w ofensywie, budzą poważne obawy, które mogą zaważyć na ich ambicjach zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w wyścigu o tytuł Premier League. Czy "Kanonierzy" mają już za sobą ten „strach”, czy to dopiero zapowiedź nadchodzącej katastrofy?
Czy atak Arsenalu poszedł na przymusowy urlop? Alarmujące xG w Lizbonie
Wtorkowy wieczór w Portugalii, w ramach pierwszego meczu ćwierćfinałowego Ligi Mistrzów przeciwko Sportingowi Lizbona, przyniósł Mikelowi Artetcie bolesną dawkę realizmu. Drużyna, która miała być po pucharowej wpadce w Pucharze Anglii (FA Cup) bardziej zdeterminowana, zaliczyła fatalną pierwszą połowę pod względem kreowania zagrożenia. Arsenal odnotował zaledwie 0.09 oczekiwanych goli (xG) w pierwszych 45 minutach. To drugi najniższy wynik tej formacji w tej edycji europejskich pucharów.
Warto podkreślić kontekst: to był powrót do Europy po szokującej porażce w sobotę. Zamiast eksplozji ofensywnej żądzy, zobaczyliśmy niemrawe otwarcie. Choć sami trafili w poprzeczkę po rzucie rożnym, to gospodarze byli bliżej wyjścia na prowadzenie, gdy strzał Maxiego Araujo zatrzymał się na górnej ramie bramki w szóstej minucie. Statystyki Squawki są tu bezlitosne: „Tylko przeciwko Brighton & Hove Albion w marcu (0.01) Kanonierzy stworzyli mniej xG w pierwszej połowie meczu w tym sezonie”
. To nie jest incydent, to wzorzec, który zaczyna niepokoić.
Dlaczego Arsenal może nie podołać elicie Ligi Mistrzów?
Jednym z najczęściej podnoszonych argumentów w dyskusjach o sile Arsenalu w tym sezonie jest ich defensywa. W wielu analizach podkreśla się, że londyński zespół prawdopodobnie posiada jedną z najsolidniejszych formacji obronnych w Europie. Faktycznie, jeśli Arsenal wyszedłby na prowadzenie w dwumeczu, zminimalizowanie szans rywala na odwrócenie losów byłoby ekstremalnie trudne.
Jednak Liga Mistrzów, a zwłaszcza potencjalne starcia w półfinale z gigantami takimi jak Atletico Madryt czy Barcelona, wymaga czegoś więcej niż tylko żelaznej obrony. Problemy w ofensywie stają się piętą achillesową. Jeżeli The Gunners zmuszeni będą gonić wynik, otwierając się, ich gra obronna może nie wystarczyć. Brak klarownych szans w Lizbonie jest sygnałem ostrzegawczym dla Artety: jeśli jego skrzydłowi i napastnicy nie zaczną efektywnie zamieniać posiadania na realne zagrożenie, droga do finału będzie wybrukowana frustracją.
Czy Manchester City dopisze kolejny rozdział do historii "sprzedanego" tytułu?
Przejdźmy na krajowy podwórko. Arsenal wciąż ma komfortową, dziewięciopunktową przewagę nad Manchesterem City na szczycie Premier League. To potężny bufor, ale ten bufor ma datę ważności. Obywatele mają mecz zaległy, a co kluczowe, już wkrótce czeka ich bezpośrednie starcie na Etihad Stadium.
Jeśli Arsenal przegra w Manchesterze, wystarczy, że londyńczycy potkną się zaledwie trzykrotnie w pozostałych pięciu spotkaniach, a tytuł może wymknąć się im z rąk. To właśnie ten brak „killer instynktu”
w kluczowych momentach, który widzieliśmy w Lizbonie, powraca jak bumerang. Przyglądając się słabszym występom ofensywnym w finale Pucharu Ligi Angielskiej przeciwko City (w marcu) oraz ostatniej wpadce w Pucharze Anglii z Southampton, widać tendencję. Choć teoretycznie powinni kontrolować resztę sezonu ligowego, nerwowość i nieskuteczność pod bramką rywala mogą sprawić, że historia powtórzy się dla kibiców Arsenalu w najbardziej bolesny sposób. Mikel Arteta musi natychmiast znaleźć lekarstwo na tę ofensywną apatię.
Dyskusja
Komentarze 0
Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.
Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.