Perfekcyjny marsz Arsenalu w Lidze Mistrzów okraszony męczarniami z Kairatem.

Wczorajszy wieczór na Emirates Stadium to była celebracja perfekcji, lecz nie obyło się bez nerwów. Arsenal przypieczętował swój nieskazitelny marsz przez fazę ligową Ligi Mistrzów, gromiąc Kairat w meczu, który dla gości był historyczną eskapadą.

Od idealnego startu do nerwowej końcówki: Triumf z nutą niepokoju

Arsenal zakończył fazę ligową Ligi Mistrzów z kompletem punktów, demolując dotychczasowe rekordy w obecnym formacie rozgrywek – osiem zwycięstw w ośmiu meczach to osiągnięcie, które musi budzić respekt. Mimo to, starcie z ostatnim w tabeli Kairatem, mimo ostatecznego wyniku 3:2, momentami przypominało jazdę kolejką górską. Kibice mogli spodziewać się dominacji, ale z pewnością nie widok gości wyrównujących stan meczu po zaledwie siedmiu minutach.

Spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia. Viktor Gyökeres, zaledwie w drugiej minucie, otworzył wynik po znakomitej asyście powracającego Kaia Havertza – co za powrót! Jednak odpowiedź Kairatu była natychmiastowa. Bramkę wyrównującą zdobył Jorginho (choć nie ten, którego niektórzy fani Kanonierów mogliby się spodziewać), pewnie egzekwując rzut karny po faulu na jego koledze. Ten moment, gdy mistrz Kazachstanu doprowadził do remisu na Emirates, z pewnością na długo zapadnie w pamięć ich nielicznym, ale głośnym fanom, którzy pokonali 8500 mil.

Na szczęście dla gospodarzy, Arsenal szybko przejął kontrolę. Mikel Arteta, wystawiający rotacyjny skład, zobaczył jak jego ofensywne talenty rozkwitają w pierwszej połowie. Kai Havertz, grający w pierwszym składzie po prawie roku, zaliczył gol i asystę, a Gabriel Martinelli – specjalista od europejskich gier domowych, strzelający w czwartym kolejnym meczu u siebie na luzie – podwyższył wynik na 3:1.

Jednak to, co nastąpiło po przerwie, to klasyczna „fعلung” Arsenalu. Druga połowa była dowodem na to, że brakuje im zabójczej skuteczności, gdy rywal się cofa i postawi mur. Mimo miażdżącej przewagi w statystykach – 66% posiadania piłki, 25 strzałów przy zaledwie 4 rywala – gospodarze grali zbyt wielu podań, wahali się z finalizacją i ogólnie brakowało im „tego czegoś”. Ostatecznie, rezerwowy Ricardinho zdobył bramkę tuż przed końcowym gwizdkiem, doprowadzając do wyniku, który był znacznie ciaśniejszy, niż sugerowała wizyta drużyny z 36. miejsca w Europie.

Kai Havertz: Człowiek, który ukradł show i odczarował Artetę

Jeśli miał być to mecz na eksperymenty, to Kai Havertz stał się głównym, i jak się okazało, najbardziej udanym eksperymentem wieczoru. Arteta zawsze był obrońcą Niemca, w dobrych i złych chwilach. W środę wieczorem ten obrońca doczekał się spektakularnej spłaty długu.

"Niektórzy mogą powiedziec, że to 'tylko Kairat', ale jak na pierwszy występ od oszałamiających 357 dni, to tak, jakby Havertz nigdy nie opuścił tego składu Arsenalu."

Jego 45-minutowy występ był niemal perfekcyjny – gol i asysta, a co najważniejsze, fantastyczna chemia z Viktorem Gyökeresem. W momencie, gdy Havertz zszedł z boiska, zniknęła automatyka w ataku pozycyjnym. Tak, to nie był mecz Premier League, ale pokaz, że Havertz w obecnej formie może być kluczową bronią Kanonierów w walce o trofea. Jego powrót do formy, po okresie gry na głębszej pozycji w środku pola, gdzie bywał krytykowany, jest obiecującym sygnałem.

Statystyczna dominacja kontra finałowy dreszczyk emocji

Spójrzmy na liczby: 11 strzałów w światło bramki przy zaledwie 2 Kairatu i 11 rzutów rożnych. Dominacja była absolutna, wręcz feudalna. Arsenal był na boisku niczym pan domu, który pozwala gościom na zbyt wiele swobody. Te braki – ta lekka nonszalancja w drugiej połowie, ta niechęć do natychmiastowego dobicia przeciwnika – to są te same słabości, które paraliżowały Kanonierów w ligowych starciach, kosztując ich cenne punkty wcześniej w sezonie.

Dla Kairatu, to był historyczny debiut w europejskich pucharach, punkt kulminacyjny długiej podróży i upokorzenie przez giganta wynagrodzone symbolicznym drugim golem. To był ich moment triumfu, nawet jeśli na tablicy widniała porażka.

Dla Arsenalu, to wyłącznie formalność. Zdobyli historyczny komplet punktów, ale muszą pamiętać, że ligowa faza Ligi Mistrzów to tylko rozgrzewka. Prawdziwy test nadejdzie w fazie pucharowej, gdzie niedopuszczalne będzie oddawanie inicjatywy rywalom po osiągnięciu bezpiecznej przewagi. Najbliższa ligowa próba to wyjazd do Leeds United w sobotę – czas na przełożenie pozytywnej energii z Europy na krajowe podwórko.

Dyskusja

Komentarze 0

Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.

Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.

Twój głos

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką są wymagane.

Turnstile ogranicza automatyczny spam. Nie publikujemy adresu IP ani danych technicznych przeglądarki.