Messi strzela w nowym domu, ale Austin FC psuje otwarcie.

W tym tygodniu świat futbolu znowu zamarł, obserwując wydarzenia zza oceanu. To nie tylko zasługa kolejnej kosmicznej formy zawodników, ale przede wszystkim historyczny moment dla MLS – Lionel Messi wreszcie zadebiutował w nowym, lśniącym stadionie Interu Miami.

Miami na swój sposób: Mecz pełen symboliki i niespodziewany scenariusz

Wszystkie oczy znów były skierowane na Inter Miami. Po tym, jak klub ten dołączył do ligi w 2020 roku, zmuszony był przez lata rozgrywać mecze domowe 30 mil dalej, w Fort Lauderdale. Plany budowy własnego obiektu w Miami były ambitne, a w minioną sobotę obiektywnie w końcu zostały zrealizowane. Nowy, bajeczny stadion – zlokalizowany tuż obok Międzynarodowego Portu Lotniczego w Miami – otworzył swoje podwoje dla Messiego i spółki w meczu MLS.

Oczywiście, nie mogło zabraknąć magii Argentyńczyka. Messi jak zwykle umieścił piłkę w siatce, co stanowiło symboliczny, pierwszy gol dla jego ekipy na nowym obiekcie. Jednakże, jeżeli mówimy o tym pierwszym golu w historii tego stadionu, to musimy oddać honor rywalom. Guilherme Biro z Austin FC, strzałem głową niczym precyzyjnie wycelowany pocisk, otworzył wynik spotkania. To jest ten rodzaj małego, historycznego detalu, który kibice będą sobie opowiadać przez lata.

Impreza, niestety dla gospodarzy, została zniweczona przez drużynę z Teksasu. Austin FC zdołał wywalczyć remis 2:2, co oznacza, że Inter Miami nie zainaugurowało swojej nowej, miliardowej areny zwycięstwem. Mimo to, było masę pozytywów. Luis Suárez również trafił do siatki, kibice doświadczyli emocjonującego widowiska pełnego szans, a co najważniejsze – mieli okazję świętować bramkę Messiego. W zasadzie, bądźmy szczerzy, większość zgromadzonych przyszła oglądać właśnie to. Rozpoczął się nowy rozdział dla tej franczyzy, która ostatnio rzadko znika z nagłówków. O ile wcześniej było to głównie zasługą Messiego, o tyle teraz – to Messi i nowy stadion. Drużyna z MLS w Miami w końcu gra w centrum Miami. Potrzeba było na to sporo czasu i jeszcze więcej pieniędzy.

Son i Bouanga: Show na zachodzie, czyli dlaczego LAFC to maszyna

Przenosimy się do Los Angeles, gdzie miejscowe LAFC kontynuuje demonstrację siły, ugruntowując swoją pozycję jako czołowa siła w MLS na starcie sezonu 2026. Co ciekawe, Heung-min Son, mimo że nie wpisał się na listę strzelców, był siłą napędową tego triumfu. Odegrał kluczową rolę w pogromie Orlando City, notując cztery asysty w pierwszej połowie! Jeżeli doliczyć do tego jego kluczowe podanie, które wymusiło samobójczą bramkę Davida Brekalo, otrzymujemy pięć "udziałów" w golach, mimo zerowego dorobku bramkowego. Oczywiście, zasłużenie zgarnął najwyższą notę FotMob, bo to była absolutna dominacja w kreowaniu gry.

Jego partner w ataku, Denis Bouanga, nie był tak skromny. Ten wybitny napastnik wykorzystał większość podań od Sona, zdobywając hat-tricka w szalonej, ośmiominutowej sekwencji w pierwszej odsłonie. To utrzymuje LAFC na szczycie tabeli Supporters’ Shield, i to nie przypadkowo.

LAFC nie straciło jeszcze bramki w lidze w tym sezonie. Prezentują się solidnie, dyktują tempo, i to ich ostatnie zwycięstwo było najbardziej przekonujące do tej pory. Stanowią cel numer jeden dla reszty ligi. Ciekawostką jest, że już w tym tygodniu będą musieli przenieść swój znakomity rytm na arenę międzynarodową, mierząc się z Cruz Azul w ćwierćfinale Pucharu Mistrzów strefy CONCACAF – tam przekonamy się, czy ta forma utrzyma się również na kontynencie.

San Jose Earthquakes: Powrót legendy i wybuch Wschodzącej Gwiazdy

Choć Son i Bouanga zgarnęli najwyższe noty, to na trzecim miejscu mamy powrót do przeszłości i zastanawiający progres, który ma miejsce w San Jose Earthquakes. Przypomnijmy, że ta drużyna z Konferencji Zachodniej w czterech z ostatnich pięciu sezonów kończyła poza pierwszą dziesiątką, a w 2018 i 2024 roku musiała mierzyć się z upokorzeniem w postaci Wooden Spoon (najgorszy bilans w lidze). Od czasu zdobycia Supporters’ Shield w 2012 roku, kibice nie mieli zbyt wielu powodów do radości.

Jednak ten sezon pachnie rokiem 2012! Po pięciu meczach mają 12 punktów, co idealnie pokrywa tempo z tamtego udanego sezonu. W miniony weekend zmierzyli się z San Diego FC, jednym z pretendentów w Konferencji Zachodniej, i rozbili ich 3:0. To zwycięstwo udowodniło, że ich wczesna forma nie jest przypadkowa, a zespół potrafi rywalizować z najlepszymi.

Absolutnym liderem tego zrywu był Nico Tsakiris, strzelec dwóch bramek – w tym gola otwierającego w spektakularny sposób i trafienia z rzutu karnego. Preston Judd dorzucił bramkę i asystę. Warto też zauważyć, że bramkarz Daniel spokojnie wyrasta na jednego z najlepszych golkiperów w lidze, a 22-letni Beau Leroux stał się wyróżniającym się pomocnikiem. To wszystko bez uwzględnienia potencjalnego wkładu nowego, głośnego nabytku, Timo Wernera. Czyżby zespół Bruce’a Areny był tą cichą siłą, którą trzeba śledzić w tym sezonie? Czas pokaże, ale na razie San Jose gra futbol, który budzi podziw.

Kanada na celowniku: Pre-Mistrzostwa Świata i amerykańskie nadzieje

Kanada, jako współgospodarz Mundialu 2026 (wraz z Meksykiem, bo o USA mówi się ostatnio głównie w kontekście problemów infrastrukturalnych), pozostawała nieco w cieniu. W tym kraju mecze Mistrzostw Świata dotrą przynajmniej do 1/8 finału, a Toronto i Vancouver są miastami-gospodarzami. Oba te metropolie są domem dla drużyn MLS, a ich ostatnie mecze dostarczyły dramaturgii godnej wielkich turniejów.

Toronto otworzyło tę kolejkę w domowym, bardzo "wydarzeniowym" meczu przeciwko Colorado Rapids. Mimo pięciu bramek, zanim padł pierwszy gol, obie drużyny zobaczyły czerwone kartki! To stworzyło szalone otwarcie, w którym Colorado strzeliło dwa gole w trzy minuty, zanim Toronto rozpoczęło szaloną pogoń. Bramka Kanadyjczyka Richie Laryei zapoczątkowała powrót, a wykończył go amerykański napastnik Josh Sargent, po kuriozalnym samobójczym trafieniu Rapids i kolejnym czerwonym kartce dla przyjezdnych.

Sargent walczy o miejsce w kadrze Stanów Zjednoczonych na Mistrzostwa Świata pod wodzą Mauricio Pochettino, a takie gole – jak to zwycięskie trafienie głową w 85. minucie – sprawiają, że selekcjoner USA na pewno musi to odnotować.

Dramaturgią zamknął się ten tydzień w Vancouver, gdzie inny amerykański talent, Sebastian Berhalter, strzelił drugiego gola w doliczonym czasie, odwracając wynik na 3:2 przeciwko Portland Timbers prowadzonym przez Phila Neville’a. Wcześniej bramkę dla Whitecaps dał Thomas Müller z karnego. Te kanadyjskie miasta, czekając na letnie igrzyska piłkarskie, dostają teraz solidną dawkę emocji od swoich drużyn MLS.

Dyskusja

Komentarze 0

Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.

Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.

Twój głos

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką są wymagane.

Turnstile ogranicza automatyczny spam. Nie publikujemy adresu IP ani danych technicznych przeglądarki.