Irlandia wstrzymała oddech, a beczki herbaty stygnęły na stolikach. To, co wydarzyło się w doliczonym czasie, przeszło do historii, zamieniając kraj w jedno wielkie serce bijące w rytm ostatniego ataku. Gdy wydawało się, że marzenia o barażach odkładane są na później, nadszedł moment, który udowodnił, że futbol wciąż rządzi się prawami scenariusza lepszego niż hollywoodzki.

Apogeum dramatu: Parrott i bilet do nieśmiertelności
Od stanu 2:1 na niekorzyść Węgier, Irlandia rzuciła wszystko na jedną szalę. Zwykła, choć pełna nadziei, centra rękawicami bramkarza Caoimhin Kellehera znalazła głowę Liama Scalesa. To, co wydarzyło się później, to czysty, nieskrępowany futbolowy geniusz lub szalony przypływ szczęścia – jak kto woli. Zgranie obrońcy umożliwiło Troyowi Parrottowi zapisanie się złotymi zgłoskami w annałach irlandzkiej piłki. Napastnik, po strzeleniu gola, rozerwał koszulkę, a trybuny oszalały.
To była esencja emocji, o której sam Parrott mówił z zapartym tchem:
„Jestem teraz bardzo wzruszony. Co za noc. Właśnie dlatego kochamy piłkę nożną, takie rzeczy mogą się zdarzyć. Kocham miejsce, z którego pochodzę, i to znaczy dla mnie cały świat”.
Emocje sięgały zenitu, a wzruszenie napastnika było autentyczne:
„Moi bliscy są tutaj, a to pierwszy raz od lat, kiedy płaczę! Naprawdę nie mogę w to uwierzyć. Jestem bardzo wzruszony. Co za noc. Mówiłem po meczu z Portugalią, że to jest to, o czym marzy się w snach, ale myślę, że dzisiaj, nigdy w życiu nie będę miał lepszej nocy”. (…) „To jest bajka. Nie da się nawet wymarzyć czegoś takiego. Nie mam słów, by opisać emocje teraz”.
Nawet Dublin International Airport włączyło się do świętowania. Ktoś w administracji portu lotniczego, zasługujący na nagrodę Nobla za social media, zmienił swoją nazwę na „Aeroport Troya Parrotta” i opublikował lakoniczne, ale idealnie trafiające w sedno „Do diabła. Robimy to”. To dowód na to, jak głęboko ten moment zakorzenił się w narodowej świadomości, przewyższając momentami nawet literackie legendy, jak James Joyce.
Od Ronalda do Holandii: Ewolucja napastnika w cieniu legend
Światła jupiterów nie oświetliły tylko Węgier. Cała ta międzynarodowa przerwa dla Irlandii to opowieść o odrodzeniu, której Parrott był architektem. Wcześniej, w starciu z Portugalią, zdobył dublet w zwycięstwie 2:0. W tamtym meczu irlandzki bohater przyćmił samego Cristiano Ronaldo, który musiał opuścić boisko po czerwonej kartce za nieprzemyślane uderzenie łokciem w kierunku Darę O’Shea.
Jasne, musimy zachować rezerwy – Irlandia jeszcze nie zapewniła sobie awansu na Mistrzostwa Świata; o tym, z kim zmierzą się w barażach w marcu, dowiemy się po losowaniu. Ale nie psujmy tej chwili. Troy Parrott, wychowanek Tottenhamu, który rozpoczynał karierę jako talent porównywany do Robbiego Keane’a po dołączeniu do Spurs z Belvedere w wieku 15 lat, musiał przejść prawdziwą szkołę charakteru.
W wieku zaledwie 23 lat, kiedyś postrzegany jako potencjalny następca Harry’ego Kane’a po tym, jak w drużynach młodzieżowych zdobył 31 bramek w 38 meczach, Parrott miał momenty zwątpienia. Kilka wypożyczeń w EFL, w tym ten do Millwall (zero goli w 14 meczach) czy Ipswich, nie przyniosło oczekiwanej eksplozji talentu. Nawet w Milton Keynes Dons znalazł rytm (10 goli w 47 spotkaniach), ale to nie było to.
Holenderska terapia szokowa: Gdzie Premier League nie pomogła, pomogła Eredivisie
Decyzja o wyjeździe z Anglii do Eredivisie, gdzie dołączył do Excelsioru w 2023/24, była strzałem w dziesiątkę, dowodem na to, że akademia Premier League to nie jest ostateczny wyznacznik sukcesu. Parrott potrzebował odzyskać radość z gry, a Holandia dostarczyła mu idealnego środowiska. Jak sam przyznał:
„To był duży krok, ponieważ nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, kiedy tu przyjechałem po raz pierwszy. Przenosiny z Irlandii do Anglii to jedno, ale przenosiny do miejsca, gdzie mówią innym językiem, inna kultura – to zawsze było wyzwanie”.
Efekty? Spektakularne. Siedemnaście goli i pięć asyst w barwach Excelsioru, w tym hat-tricki w półfinałach i finale baraży Eredivisie, przykuły uwagę AZ Alkmaar. Od tamtej pory stał się jednym z czołowych napastników ligi. W zeszłym sezonie zanotował 20 trafień w 47 meczach, a w tym ma już 13 goli w 14 występach.
To jest żywy dowód, że czasami podjęcie ryzyka i oddalenie się od utartych ścieżek jest kluczem do odblokowania potencjału. Choć wcześniej zarzucało mu się marnowanie szans w narodowych barwach – przed tymi dwoma ostatnimi występami miał tylko jedną bramkę od 2022 roku na koncie w 31 meczach – w tym miesiącu podwoił swój dorobek reprezentacyjny. Nawet jeśli niedzielny wieczór będzie trudny do przebicia, z takim napastnikiem i takim impetem, Irlandia ma wszelkie powody, by wierzyć, że świętowania czeka ich jeszcze więcej. A Parrott? Cóż, w Dublinie na pewno już nigdy nie zapłaci za kufel Guinnessa.