Werner bohaterem, Whitecaps walczą o przetrwanie, a Chicago strzela pięć goli.
Oto, co dzieje się na scenie Major League Soccer, gdzie gwiazdy błyszczą, legendy walczą o przetrwanie, a kilka dotychczas cichych ekip nagle wchodzi do gry z hukiem.
Czy Timo Werner wreszcie odpalił i czy San Jose Earthquakes to nowy hegemon MLS?
Przez pewien czas Timo Werner pełnił rolę pasażera na gapę w San Jose Earthquakes – wartościowego elementu, ale bez konieczności bycia absolutnym motorem napędowym. Zespół radził sobie znakomicie, prując tabelę Supporters’ Shield, a to dzięki solidnej grze reszty składu. Wszakże, jak donosiły zeszłotygodniowe podsumowania, „Earthquakes nie byli nadmiernie zależni od swojego głośnego nabytku, by odnosić rezultaty… do teraz”. Ale w futbolu, zwłaszcza w MLS, po to sprowadza się Designated Players, by wchodzili na scenę, kiedy temperatura rośnie.
To właśnie stało się w weekend, gdy, przy stanie 2:1 dla St. Louis, Werner wziął sprawy w swoje ręce. Wykonał egzekucję rzutu karnego, wyrównując wynik, a następnie strzelił spektakularną bramkę na wagę zwycięstwa. To jest dokładnie ten moment, dla którego płaci się wielkie pieniądze. Jego indywidualna magia utrzymała San Jose przy życiu w nienaruszonym stanie; seria zwycięstw wydłużyła się do siedmiu spotkań, wliczając w to triumf w US Open Cup. Bilans dziewięciu zwycięstw i jednej porażki w lidze to absolutnie najlepszy start w historii klubu, datujący się aż do czasów NASL w 1974 roku. Nie zapominajmy, że pięć wygranych na wyjeździe na starcie sezonu to powtórka rekordu ustanowionego przez New York Red Bulls w 2022 roku. Czy to jest faza przejściowa, czy narodziny dominatora? Na to wygląda, że Werner dopiero się rozgrzewa.
Walka o duszę: Vancouver Whitecaps i kampania #SaveTheCaps
Kontynuując wątek historycznego ciężaru, nazwa Vancouver Whitecaps, podobnie jak Earthquakes, jest jednym z najdłużej istniejących w amerykańskiej piłce nożnej, zakorzenionym w erze NASL 1974 roku. To są relikty, łączniki z dziedzictwem, które w MLS, założonej w 1996, bywają szybko zapominane. Niestety, dla Whitecaps to dziedzictwo jest zagrożone do tego stopnia, że mówi się o realnej perspektywie przeniesienia franczyzy.
Sercem problemu jest kontrakt na użytkowanie stadionu BC Place, operowanego przez korporację BC Pavilion Corporation (PavCo) w imieniu Kolumbii Brytyjskiej. Po opłaceniu czynszu, Whitecaps zostają z minimalnymi wpływami z dnia meczowego, co generuje potężne kłopoty finansowe. Choć krótkoterminowe rozwiązanie, gdzie zespół ma przejmować zyski ze swoich meczów w 2026 roku, zostało wypracowane, „długoterminowe obawy pozostają”, jak sugerują media.
W kontekście lig amerykańskich, kiedy kluby wpadają w tarapaty, rozwiązaniem jest często relokacja. Widzieliśmy to, gdy jedna z inkarnacji Earthquakes przeniosła się, tworząc Houston Dynamo w 2005 roku, zanim San Jose powróciło w 2008. Columbus Crew otarło się o podobny scenariusz w 2017 roku, ale akcja kibiców #SaveTheCrew i zmiana właściciela sprawiły, że załoga została w Ohio. Teraz fani Whitecaps szykują się na podobny bój, uruchamiając kampanię #SaveTheCaps przed ich wygranym 3:1 meczem z Colorado. Kiedy zespół zajmuje drugie miejsce w tabeli, tuż za liderami z San Jose, samo istnienie topowej drużyny w Ameryce Północnej jest poddawane w wątpliwość. To gorzki paradoks, który musi zostać rozwiązany.
Chicago Fire: Czy to nowa siła, o której wszyscy zapomnieli?
Przy trzydziestu drużynach w lidze, niemożliwe jest, aby każdy zespół trafiał do cotygodniowych nagłówków – poczekajmy tylko na powiększenie do 48 drużyn na Mistrzostwach Świata. Mimo to, Chicago Fire zasługuje na głośne okrzyki w 2026 roku. Ich przekonujące zwycięstwo 5:0 przeciwko Sporting KC było wynikiem, jakiego można się spodziewać po starciu ligowego potentata z cofającą się ekipą, ale fakt, że Fire można określić mianem „jednego z najlepszych zespołów w MLS”, jest godny uwagi.
Praca, jaką wykonuje były selekcjoner reprezentacji Stanów Zjednoczonych, Gregg Berhalter, z tą drużyną, jest nieco ukryta, ale jeśli utrzyma obecny kurs, nie będziecie mogli jej dłużej ignorować. Chicago zajmuje trzecie miejsce w ligowych rankingach FotMob, dzieląc drugie miejsce pod względem liczby czystych kont – z Seattle i naszymi znajomymi, San Jose i Vancouver.
Co więcej, indywidualne osiągnięcia są imponujące. Belgijski napastnik Hugo Cuypers przewodzi w klasyfikacji indywidualnych ocen FotMob, wyprzedzając samego Lionela Messiego! Do tego Maren Haile-Selassie i Philip Zinckernagel znaleźli się w drużynie tygodnia po tej pogromie 5:0. Fire mają teraz tylko dwa punkty straty do drugiego Interu Miami w Konferencji Wschodniej. Jeśli ta forma potrwa, celują w najlepsze zakończenie ligowe od 2017 roku i drugą z rzędu kwalifikację do playoffów pod wodzą Berhaltera – a pamiętajmy, że wcześniej siedem lat uciekali przed barażami jak od ognia.
Dyskusja
Komentarze 0
Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.
Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.