Spurs dryfują ku Championship, Liga Mistrzów to tylko rozproszenie.

Kryzys w Tottenhamie osiąga apogeum, a Liga Mistrzów jawi się jako zgubne odwrócenie uwagi od ligowej degrengolady. Czy Koguty dryfują wprost ku otchłani Championship, a starcie z Atlético Madryt okaże się kolejnym gwoździem do trumny?

Eden czy El-Dorado? Jak Liga Mistrzów wpływa na ligową zapaść Spurs

Ostatni tydzień okazał się dla Tottenhamu serią bolesnych rozczarowań. Fatalne rezultaty w ligowych potyczkach, zwieńczone upokarzającą porażką u siebie z Crystal Palace, wepchnęły Spurs na niebezpieczną trajektorię. W kontekście zwycięstwa West Hamu i niespodziewanego remisu Nottingham Forest na Etihad Stadium, Tottenham znalazł się zaledwie jeden punkt nad strefą spadkową. Perspektywa kolejnych triumfów w Premier League wydaje się obecnie bardziej odległa niż lot na Marsa.

W tej atmosferze niepewności, losowanie 1/8 finału Ligi Mistrzów przyniosło starcie z Atlético Madryt. Choć wynik losowania mógł być zarówno lepszy, jak i gorszy, konfrontacja z ekipą Diego Simeone – która notuje serię trzech zwycięstw z rzędu w LaLiga i właśnie wyeliminowała Barcelonę z Pucharu Króla (mimo zaskakującej porażki 0:3 w rewanżu po wygranej 4:0 w pierwszym meczu) – nie zapowiada łatwej przeprawy. Kontekst europejskich pucharów, które dotychczas były dla Spurs „szczęśliwym miejscem” w tym sezonie, staje się teraz wysoce problematyczny.

Historyczne echo i ciekawe pojedynki: Od Rotterdamu do Madrytu

Interesującym faktem jest to, że te dwie drużyny spotkały się dotychczas tylko raz w oficjalnych rozgrywkach, a było to starcie o ogromnym znaczeniu historycznym. Tottenham mierzył się z Atlético w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w Rotterdamie 15 maja 1963 roku. Angielski klub triumfował, deklasując rywala 5:1, a bramki zdobywali wówczas Jimmy Greaves (dwie), Terry Dyson (dwie) i John White, co uczyniło Tottenham pierwszym angielskim klubem, który podniósł główne europejskie trofeum.

Teraz los rzuca je naprzeciwko siebie w znacznie bardziej nowoczesnym, aczkolwiek równie wymagającym wydaniu. Tego typu konfrontacje wymagają nie tylko taktycznej dyscypliny, ale i odporności psychicznej, której Tottenhamowi ewidentnie brakuje.

„Wadliwa ekipa” i synowie w ogniu krytyki: Kto ma szansę zabłysnąć?

Niewielu zawodników Tottenhamu mogło wyjść z niedawnej klęski z Crystal Palace z twarzą. Jednym z nielicznych, który mimo wszystko zaprezentował pewien etos walki, był Archie Gray. W obliczu kryzysu kadrowego spowodowanego kontuzjami, Gray notuje więcej minut, niż pierwotnie zakładano, a jego postawa przeciwko Orłom była dowodem na to, że „przynajmniej ktoś próbował”. Chwalić tę dysfunkcyjną grupę stało się ostatnio zajęciem rzadkim.

Co ciekawe, w składzie Spurs znajdzie się Conor Gallagher, który ma bezpośrednią znajomość z madryckim gigantem, będąc zawodnikiem Atlético do swojego – jak niektórzy oceniają – być może niefortunnego transferu do Spurs w styczniowym okienku. Jego dopuszczenie do gry w tym meczu dodaje intrygującego elementu do tej konfrontacji: czy znajomość obozu rywala okaże się atutem, czy obciążeniem?

Z drugiej strony boiska, Simeone przedstawia ciekawy przypadek. Giuliano Simeone, syn trenera Diego, gra na pozycji prawego pomocnika. Mimo że jest synem menedżera, jego statystyki (trzy gole i pięć asyst w 24 występach, z czego 20 w pierwszej jedenastce) sugerują, że nie jest typowym „neopotycznym” beneficiarem. 23-latek swoje miejsce w podstawowej jedenastce Atleti niewątpliwie wypracował solidną grą.

Powrót weteranów i długa lista nieobecnych: Jak wygląda kadrowa układanka?

Wolny weekend przyszedł dla Tottenhamu na korzyść, minimalizując ryzyko kolejnych kontuzji. W powrocie do czwórki obrońców najpewniej zobaczymy Cristiana Romero, który odsłużył swoją kolejną, niepotrzebną z ligowego punktu widzenia, pauzę. Z dobrej strony donosi się również o stanie zdrowia Djedda Spence’a i Radu Dragushina, którzy wrócili do treningów i mogą być dostępni. Najważniejsza zmiana personalna to potwierdzenie: Micky Van de Ven zagra, gdyż jego czerwona kartka przeciwko Palace nie implikuje zawieszenia w Lidze Mistrzów. To kluczowy element morale defensywy.

Niestety, długa lista nieobecnych pozostaje niezmieniona. Wciąż poza grą pozostają m.in. Wilson Odobert, Destiny Udogie, Lucas Bergvall, Rodrigo Bentancur, Ben Davies, James Maddison, Mohammed Kudus i Dejan Kulusevski. To ogromna dziura w kreatywnej i defensywnej strukturze zespołu.

Atlético również ma swoje absencje, choć wydają się one mniej dotkliwe. Głównym problemem jest prawdopodobnie Rodrigo Mendoza, zmieniony w przerwie ostatniego ligowego meczu z Realem Sociedad (wygranego 3:2). Dobre wieści to potencjalny powrót Pablo Barriosa po miesięcznej przerwie, choć najpewniej na ławce rezerwowych na pierwszy mecz.

Liga Mistrzów: Desperacka ucieczka czy pożegnanie z marzeniami?

Mecz z Crystal Palace dla Igora Tudora i całego sztabu szkoleniowego Tottenhamu był testem, który oblany został z kretesem. Środowe starcie z zespołem ze środka tabeli miało pokazać mentalną gotowość na decydującą fazę sezonu, a znów pokazało, że drużyna jest w rozsypce.

Liga Mistrzów – choć na razie sprzyjała Spurs – wkracza w fazę pucharową, gdzie rywalizacja staje się wyłącznie elitarna. Atlético bez większych problemów przeszło fazę play-off (eliminując Club Brugge). Choć „Los Colchoneros” nie realnie walczą o mistrzostwo Hiszpanii, tracąc 13 punktów do Barcelony, ich pozycja w kontekście zapewnienia sobie kwalifikacji do Ligi Mistrzów na przyszły sezon jest niemal pewna, z 11-punktową przewagą nad piątym Realem Betis.

To zespół o ogromnym doświadczeniu w tych rozgrywkach, mimo że nie dotarł do ćwierćfinału od sezonu 2016/2017. Teoretycznie, gdyby istniała opcja „sprzedania” Ligi Mistrzów w zamian za gwarancję utrzymania w Premier League, większość fanów Spurs bez wahania by się na to zgodziła. Lecz ta opcja nie istnieje. Co więcej, wyeliminowanie Atleti mogłoby wcale nie ułatwić ligowej walki, gdyż forma od nowego roku jest fatalna niezależnie od europejskich poczynań. To, co obserwujemy, to paradoks: Tottenham może jednocześnie spaść z Premier League i awansować do finału Ligi Mistrzów, choć to scenariusz godny najbardziej szalonego scenarzysty.

Dwie bramki tracone przez Atleti w fazie grupowej z angielskimi zespołami – Liverpoolem i Arsenalem – są pewnym sygnałem ostrzegawczym. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę chaos panujący w Tottenhamie, przewiduję, że „Los Madrileños” wywiozą skromne, acz kluczowe zwycięstwo 2:0 w pierwszym meczu. Taki wynik pozostawi Kogutom cień nadziei na rewanż, ale realnie oddali już szanse na odmienienie swojego losu w tym sezonie.

Dyskusja

Komentarze 0

Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.

Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.

Twój głos

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką są wymagane.

Turnstile ogranicza automatyczny spam. Nie publikujemy adresu IP ani danych technicznych przeglądarki.