Dortmund dał iskrę dla Tottenhamu, lecz Burnley czai się na kolejną wpadkę.
Oto analiza nadchodzącego starcia Premier League, w którym Tottenham Hotspur, po chwilowej euforii w Europie, staje naprzeciwko rozpaczliwie walczącego Burnley.
Tottenham i Burnley: Dwa światy, jeden kryzys ligowy
Sezon w wykonaniu Tottenham Hotspur to prawdziwy rollercoaster emocji; czwarte miejsce w Lidze Mistrzów kontrastuje boleśnie z czternastą pozycją w Premier League. Choć wtorkowe zwycięstwo nad Borussią Dortmund niewątpliwie przyniosło Thomasowi Frankowi pewną ulgę po ostatniej blamażu z West Hamem, to cztery mecze bez wygranej w lidze to już statystyka, która zaczyna niepokoić. Jeśli ta passa nie zostanie przerwana, Frank może szybko znów znaleźć się pod ostrzałem mediów i kibiców.
Zupełnie inną biedę przeżywa Burnley pod wodzą Scotta Parkera. Zdobyli zaledwie cztery punkty w ostatnich trzynastu spotkaniach ligowych i nie zaznali smaku zwycięstwa od 26 października. Mając osiem punktów straty do bezpiecznej strefy, przyjazd "Doktora Tottenhamu" może wydawać się dla nich wizytą zwiastującą nadzieję. Jednakże, aby przełamać fatalną passę, Burnley będzie potrzebować powtórki z imponującego 5:1 z Millwall w Pucharze Anglii lub heroicznej obrony, która zaowocowała remisem 1:1 na Anfield. Czy w ten weekend będą mieli dość paliwa na kolejny cud?
Zła karma Burnley – Statystyki, które bolą bardziej niż kontuzje
Kibice Burnley, szukając jakichkolwiek pozytywnych sygnałów przed tym starciem, powinni trzymać się z dala od podręczników historii bezpośrednich pojedynków. Rekord starć obu drużyn jest dla nich absolutnie koszmarny. Burnley wygrało zaledwie dwa razy w ostatnich 21 spotkaniach, co oznacza, że ta niemoc trwa już blisko szesnaście lat. Co gorsza, w bieżącym sezonie Spurs zafundowali im lanie 3:0 na Tottenham Hotspur Stadium, a Burnley od tamtej pory nie zdołało wygrać na wyjeździe w lidze. To statystyczne tło nakazuje zachować skrajną ostrożność.
Powrót Solanke i polski akcent – Czy to wystarczy, by zaskoczyć?
Kluczowym elementem, który może odmienić oblicze ataku Spurs, jest powrót Dominica Solanke’a. Jego gol we wtorkowy wieczór, choć okupiony lekkim szczęściem, pokazał, jak wiele wnieść potrafi jego ruch i zdolność do łączenia akcji. Problem polega jednak na tym, że wszyscy już to widzieliśmy. Pytanie brzmi: czy tym razem uda mu się uniknąć kolejnej kontuzji, która wykluczy go na dłużej? W ataku Burnley z kolei na pochwałę zasługuje Marcus Edwards, wychowanek akademii Spurs. Zdobył swoją pierwszą bramkę w tym sezonie dla The Clarets na Anfield w swoim dwunastym ligowym występie, przy czym pierwsze osiem zaliczył jako rezerwowy. Scott Parker prawdopodobnie znów postawi na niego w wyjściowej jedenastce, gdyż od momentu, gdy Edwards zaczął grać od pierwszego gwizdka pod koniec ubiegłego roku, gra zespołu wyraźnie okrzepła.
Epidemia absencji – Kto doleci do kadry, a kto wyląduje w szpitalu?
Kłopoty kadrowe Tottenhamu narastają w zastraszającym tempie. Lucas Bergvall dołączył do długiej listy nieobecnych po urazie odniesionym w meczu z Dortmundem. Poważne straty to m.in. Rodrigo Bentancur, Ben Davies, Richarlison, James Maddison, Mohammed Kudus i Dejan Kulusevski, którzy pozostają kontuzjowani długoterminowo. Yves Bissouma wrócił po obowiązkach w Pucharze Narodów Afryki i z powodu dotkliwego problemu kadrowego może nawet wskoczyć do pierwszego składu. Niestety, katastrofa dotknęła też Pape Sarr’a, który trafił do szpitala po złym samopoczuciu podczas finału Senegal – Maroko i nie będzie dostępny. João Palhinha jest wielką niewiadomą. Co ciekawe, Wilson Odobert może zagrać przeciwko swojemu byłemu klubowi.
Burnley również nie może narzekać na pełny zdrowie. Josh Cullen, Zeki Amdouni, Connor Roberts, Jordan Beyer i Mike Tresor to zawodnicy, których nie zobaczymy z powodu urazów średnio- lub długoterminowych. Joe Worrall i Zian Flemming trenowali w tym tygodniu, ale ich gotowość do gry od pierwszej minuty stoi pod dużym znakiem zapytania.
Czy Spurs są gotowi na bitwę o utrzymanie, którą toczą wbrew własnej woli?
Zwycięstwo nad Borussią Dortmund było miłym balsamem na rany, ale nie zmienia faktu, że forma Spurs w Premier League wskazuje na niebezpieczne zjazdy w dół. Zespół Thomasa Franka, choć wciąż teoretycznie walczy o wyższe cele, wykazuje symptomy zsuwania się w rejon walki o utrzymanie, do której wydaje się fatalnie przygotowany. Tymczasem Wolves na dole tabeli zaczynają zbierać punkty, a jeśli Spurs nie obudzą się z letargu, luka między nimi a strefą spadkową będzie się tylko zmniejszać.
Paradoksalnie, Burnley, mimo że bez ligowego zwycięstwa od października, notuje poprawę formy. Zdobyli cztery remisy w ostatnich sześciu meczach, w tym cenne punkty między innymi z Manchesterem United i Liverpoolem. Supinarne i bezwolne występy z początku sezonu ustępują miejsca bardziej solidnej grze. Choć w mediach dominowała narracja o Liverpoolu, to postawa Burnley na Anfield była znaczącym krokiem naprzód. Ich walka o utrzymanie z całą pewnością nie jest jeszcze zakończona.
Warto podkreślić, że Spurs mają znacznie lepszy bilans na wyjazdach niż u siebie. Tylko trzy porażki w Premier League poza własnym stadionem sugerują, że presja własnych trybun działa na nich demobilizująco bardziej niż wizyty na obcych obiektach. Obie drużyny desperacko potrzebują punktów. Moim zdaniem, w tym starciu siły się wzajemnie zniosą. Typuję remis 1:1, co będzie kolejnym małym światełkiem nadziei dla Burnley, ale i cichym sygnałem, że koniec ery dla wciąż udręczonego szkoleniowca Spurs może zbliżać się nieuchronnie.
Dyskusja
Komentarze 0
Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.
Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.