Nastroje na Anfield po blamażu z PSV Eindhoven sięgnęły dna, a szczerość jednego z młodych Lwów, Curtisa Jonesa, wstrząsnęła szatnią i kibicami. Gdy zespół przeżywa najgorszy okres od dekad, brak słów, by opisać ten kryzys, staje się najgłośniejszym krzykiem. Czy Czerwoni faktycznie utracili wszelkie znamiona dawnej potęgi, a pozycja trenera Arne Slota wisi na włosku po kompromitacji na własnym stadionie?

Curtis Jones: Koniec cierpliwości i „słowa, których brakuje”
Katastrofalna seria Liverpoolu osiągnęła punkt kulminacyjny po upokarzającej porażce 1:4 na Anfield z PSV Eindhoven. Ten wynik, zwłaszcza w kontekście fazy grupowej, był dla klubu o tak bogatej historii niczym zimny prysznic. Numeryczny 17, Curtis Jones, nie zdołał ukryć narastającej frustracji. Jego komentarze po meczu były dalekie od dyplomacji, jakiej często oczekuje się od zawodników w trudnych chwilach.
Młody pomocnik wyraził to, co wielu fanów czuło, ale bało się głośno powiedzieć. Jones stwierdził:
„Nie do przyjęcia. Nie mam słów. Przeszedłem etap złości i smutku. Nie mam słów. Jestem zawodnikiem i kibicem. Nigdy nie widziałem, żeby zespół grał tak źle.”
To niezwykle rzadki i ostry wybuch ze strony gracza, który zazwyczaj zachowuje spokój. Fakt, że zawodnik czujący barwy klubu od lat, a jednocześnie kibic, używa tak mocnego języka, świadczy o głębi kryzysu, który – jak sam stwierdził – „przekroczył już granicę”.
Statystyczny koszmar trwający od dekad
Liverpool zanotował trzecią kolejną porażkę, a w każdej z nich stracił co najmniej trzy bramki. Ta statystyka jest absolutnie alarmująca i, co gorsza, historyczna. Ostatni raz taka seria miała miejsce w grudniu 1953 roku – to pokazuje, jak głęboko w rynsztok wpadła drużyna, która jeszcze niedawno dzierżyła tytuł mistrza Anglii. W ostatnich dwunastu spotkaniach bilans to aż dziewięć porażek, co stawia pod ogromną presją trenera Arne Slota.
Liverpool znalazł się w stanie emocjonalnego rozbicia. Forma drużyny jest tak zła, że nawet na własnym obiekcie, Anfield, widoczna jest dezorientacja. Mecz z PSV był tego ucieleśnieniem: brak organizacji defensywnej, rażąca podatność na kontry i niemożność utrzymania intensywności dłużej niż przez przysłowiowe „kilka minut”. Atmosfera na trybunach przeistoczyła się z rozczarowania w otwartą dezaprobatę – Liverpool stracił w krótkim czasie zarówno swój ład taktyczny, jak i emocjonalny fundament.
Jones, podsumowując fatalny bieg wydarzeń, złożył deklarację w imieniu tych, którzy wciąż noszą na piersi herb klubu:
„Obecnie tkwimy w gównie i to musi się zmienić. Ostatecznie, wciąż mamy ten herb na piersi. Dopóki ten herb nie zniknie, będziemy walczyć i starać się przywrócić ten zespół do miejsca, w którym powinien być, i udowodnić, dlaczego Liverpool jest najlepszą drużyną na świecie.”
Sezon, który zamienił się w sinusoidę
Początek sezonu, zwłaszcza w Premier League, dawał kibicom i analitykom spore nadzieje. Był to silny start, sugerujący utrzymanie statusu pretendentów do najwyższych laurów. Jednak ta pozycja wybudowana na obietnicach prysła jak bańka mydlana. Wiele kosztownych transferów nie przyniosło oczekiwanej synergii, a nawet ikony klubu, takie jak Mohamed Salah, wydają się operować daleko poniżej swojego optymalnego poziomu.
Następujące po sobie porażki i kompletnie nierozpoznawalne występy zniwelowały cały dotychczasowy dorobek. Była to drużyna, która komfortowo wygrywała ligę uznawaną za najbardziej konkurencyjną na świecie, a teraz… teraz Czerwoni plasują się na 12. pozycji w Premier League, ze stratą jedenastu punktów do liderującego Arsenalu.
Sytuacja w europejskich pucharach jest równie ponura. Po środowej (26.) porażce z PSV, podopieczni Arne Slota, którzy wcześniej odpadli już z Pucharu Ligi (po klęsce z Crystal Palace), zatrzymali się na dziewięciu punktach, spadając na 13. miejsce w grupie.
Sam szkoleniowiec, Arne Slot, na konferencji prasowej po meczu nie krył zdumienia skalą regresu:
„Myślę, że to szok dla wszystkich. Dla zawodników, dla obecnych tu dziennikarzy, dla mnie, dla każdego. To szok i jest to bardzo, bardzo, bardzo nieoczekiwane, biorąc pod uwagę jakość, jaką posiadamy.”
To zestawienie twardych danych historycznych, desperackich słów kluczowego zawodnika oraz autentycznego szoku managera maluje obraz drużyny, która pogubiła się w trakcie sezonu, być może jeszcze przed jego pełnym otwarciem. Pytanie brzmi, czy ten „szok” stanie się początkiem stabilizacji, czy ostatnim dzwonkiem przed nieodwracalnym tąpnięciem?