Sunderland pogrąża Tottenham, niespodzianki w walce o europejskie puchary.
Niedzielne popołudnie w Premier League dostarczyło nam prawdziwego rollercoastera emocji, który może zdefiniować resztę sezonu dla kilku klubów – od katastrofy na północy Anglii po nadzieję odradzającą się na południu.
Deja vu na Stadium of Light: De Zerbi wciąż szuka swojej magii, Sunderland inkasuje punkty
Porażka Tottenhamu Hotspur 1:0 z Sunderlandem to wynik, który musi uderzyć w morale gości niczym obuchem w głowę. To starcie, które dla Roberto De Zerbiego, nowego sternika Spurs, zapowiadało się niczym najtrudniejszy egzamin na początek kadencji, okazało się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Drużyna gości nadal desperacko walczy o wydostanie się ze strefy spadkowej, a po tym meczu z 30 punktami zamyka trójkę najsłabszych.
Wydarzenie kluczowe? Decyzja sędziego Roberta Jonesa. „Tottenham Hotspur's 1-0 defeat against Sunderland at the Stadium of Light has left the club stranded in the bottom three” – ta krótka informacja podsumowuje dramat gości. W okolicach 20. minuty Tottenhamowi przyznano rzut karny za rzekomy faul Omara Alderete na Randalu Kolo Muanim. Jednak po weryfikacji na monitorze, to jedyna szansa na przełamanie impasu poszła na marne. Ten moment może być opłakiwany jako ten, który kosztował ich ligowy byt. A potem przyszła godzina gry.
Bramka Nordiego Mukiele, zdobyta efektownym wolejem, który minimalnie musnął nogę obrońcy, kompletnie uśpiła nadzieje Spurs. Co gorsza, boisko opuścił Christian Romero po starciu z Antoninem Kinskym – w skutek pchnięcia przez Briana Brobbeya. Zastąpił go Kevin Danso. „Spurs were always going to encounter difficulties at the Stadium of Light, and there would have been few tougher debut matches for De Zerbi, but another loss may have robbed the squad of any confidence that they can achieve survival”. Dla Sunderlandu to z kolei olbrzymi skok – 46 punktów i 10. pozycja! To dowód, że "Czarne Koty" są bezpieczne i w pełni ligowego sezonu mogą grać spokojnie.
Remis, który boli bardziej niż porażka: Unai Emery gubi marzenia o Lidze Mistrzów
Spotkanie Nottingham Forest z Aston Villą na City Ground 1:1 to wynik, który niesie diametralnie odmienne konsekwencje dla obu ekip, ale dla gości z Birmingham jest to wręcz cios w plecy w wyścigu o elitę. Aston Villa miała walczyć o miejsce w Champions League, tymczasem na City Ground "The Villans" zaledwie uratowali punkt.
Goście objęli prowadzenie po dosyć pechowym samobóju. W 20. minucie dośrodkowanie Morgana Rogersa trafiło w niczego sobie Murillo i wpadło do siatki. Jednak radość trwała krótko. Neco Williams odpowiedział siedem minut przed przerwą, posyłając piłkę precyzyjnie w dolny róg bramki. I tak to się skończyło – 1:1.
„Villa missed a number of strong opportunities to take the lead in the second half, ultimately settling for a point and ending the day in fourth place with 55 points”. Sytuacja w tabeli jest napięta. Zespół Unaia Emery'ego ma tylko trzy punkty przewagi nad piątym Liverpoolem, a przegrany w czołowym hicie dnia Chelsea może ich zrównać lub wyprzedzić. To jest ten moment, kiedy każdy stracony punkt w meczu z potencjalnie słabszym rywalem smakuje jak porażka. Z kolei Nottingham Forest, mając 33 punkty, w tej chwili cieszy się ze świata – są szesnaste, z trzema punktami nad Tottenhamem, co wydaje się komfortową – choć jeszcze nie definitywną – przewagą.
Selhurst Park: Magia rezerwowych i karnymi zrujnowana szansa Newcastle
Mecz w Londynie między Crystal Palace a Newcastle United zakończył się sensacją, a właściwie dramatycznym zwrotem akcji, który zepchnął "Sroki" Eddiego Howe'a na niższe rejony tabeli. Wygrana 2:1 gospodarzy, przypieczętowana w doliczonym czasie gry, to bolesna lekcja dla przyjezdnych.
Pierwsza połowa była, łagodnie mówiąc, nijaka. Ale tuż przed przerwą William Osula otworzył wynik dla Newcastle, wbijając piłkę do siatki po akcji na prawym skrzydle. W drugiej połowie Jefferson Lerma miał idealną okazję na wyrównanie, ale jego strzał głową z bliska zatrzymał się na poprzeczce – co za pech!
Jednak to rezerwowi zmiennicy zasiedli do stołu, by zjeść kolację na koszt gości. Jean-Philippe Mateta najpierw doprowadził do remisu, korzystając z idealnego, nieegoistycznego podania od Tyricka Mitchella. A potem przyszedł finał. „Jean-Philippe Mateta converts from the penalty spot and Palace steal the win at the last!”. W 94. minucie Mateta pewnie wykorzystał rzut karny, dając Palace całą pulę. Dwa gole i asysta w końcówce – niesamowita zmiana w grze Orłów. Palace kończy kolejkę na 13. miejscu z 42 punktami, tyle samo co Newcastle, które jest czternaste ze względu na gorszy bilans bramkowy. To pokazuje, jak cienka jest granica między Ligą Europy a walką o nic.
Dyskusja
Komentarze 0
Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.
Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.