Thunder gromią Słońca i wyrównują historyczny start Warriors.

Oklahoma City Thunder dokonali w środę czegoś absolutnie spektakularnego, deklasując Phoenix Suns i cementując swój status jako drużyny, która zamierza pisać historię NBA. Czyżbyśmy byli świadkami narodzin nowej dynastii, zdolnej rzucić wyzwanie legendarnym składom z przeszłości?

Czy to już jest poziom na rekord sezonu 2015/16? Sensacyjny start Thunder

Mecz przeciwko Phoenix Suns, zakończony wynikiem 138-89, to nie był zwykły triumf; to była eksterminacja w drodze do Finałowej Czwórki Pucharu NBA. Zwycięstwo to oznacza, że Thunder notują bilans 24-1 po pierwszych 25 spotkaniach. Czy to brzmi znajomo? Absolutnie – to jest ten sam historyczny start, jakim popisywali się Golden State Warriors w sezonie 2015-2016, kiedy to ustanowili rekord zwycięstw w sezonie zasadniczym.

Thunder nie tracili czasu na badanie przeciwnika. Mimo powrotu Shai Gilgeous-Alexandra (SGA) po opuszczeniu ostatniego meczu przeciwko Utah Jazz, to jego partner z obwodu, Cason Wallace, natychmiast podkręcił tempo. Już po 12 sekundach Wallace notuje przechwyt nad Collinem Gillespie i efektownie kończy akcję lay-upem. Choć Mark Williams szybko odpowiedział wsadem po zasłonie, to właśnie ten moment wyznaczył jedyną równowagę, jaką Suns mieli tej nocy.

Defensywna intensywność Wallace’a, agresja SGA i Jalena Williamsa, wsparte dalekosiężnym rzutem Cheta Holmgrena, sprawiły, że Thunder wydawali się być w trybie pełnej mocy od samego początku. Suns, mimo prób oporu, byli bezradni w każdym aspekcie gry. Nawet rezerwowi, Ajay Mitchell i Alex Caruso, dołożyli swoją cegiełkę, dzięki czemu po zaledwie dziesięciu minutach na tablicy widniał wynik 36-16 dla gospodarzy. Jak to ujął jeden z analityków: "Suns nie wiedzieli, że to będzie ostatnia minuta dla nich".

Pół godziny i po meczu: Kiedy rzut z dystansu stał się bronią masowej zagłady

Phoenix próbował ratować sytuację rotacjami, a krótkie momenty dobrej gry Jordana Goodwina i Jamaree Bouyea pozwoliły zniwelować straty do jedenastu punktów w połowie drugiej kwarty (45-34). Jednak ten Thunder nie wybacza najmniejszego rozluźnienia. W takich sytuacjach dominujące zespoły nie bawią się w półśrodki, a OKC postanowiło to udowodnić festiwalem rzutów za trzy punkty.

W ostatnich sześciu minutach pierwszej połowy Thunder trafili siedem razy zza łuku! Mówimy o czystym koszykarskim huraganie. Suns, którzy i tak mieli problemy z powstrzymaniem ofensywy, a Dillon Brooks po stronie Thunder harował w obronie, znaleźli się na deskach. Na przerwę udali się z 26-punktowym deficytem: 74-48. Oznacza to, że w zasadzie wynik był przesądzony już po 24 minutach.

Druga połowa była formalnością, która tylko potwierdziła różnicę klas. Holmgren kontynuował swoje widowisko po wznowieniu gry, a Thunder powrócili do sprawdzonych schematów: zabójcza obrona, natychmiastowy kontratak i taranowanie rywala. Shai Gilgeous-Alexander (który zakończył mecz z dorobkiem 28 punktów i 8 asyst w zaledwie 27 minut gry) zaliczył dwa błyskawiczne przechwyty, najpierw samemu dunkując, a chwilę później posyłając Holmgrena (24 punkty, 8 zbiórek, 3 bloki!) na efektowny wsad. Przewaga urosła do 36 punktów. Frustracja Suns była tak duża, że Grayson Allen wyleciał z boiska za niesportowy faul na Holmgrenie.

Czwarta kwarta stała się areną dla graczy głębszego składu. Ousmane Dieng zdobył 11 punktów, Branden Carlson również miał swoje momenty, a tablica wyników pokazywała nawet 53 punkty przewagi, zanim gospodarze delikatnie odpuścili "dla honoru".

Czy obecny Thunder jest w stanie pobić legendarny rekord Warriors?

Co możemy wyciągnąć z tej kosmicznej pogromu? Przede wszystkim to, że nie było żadnego konkursu. Jak słusznie zauważano przed meczem — Suns musieli unikać katastrofalnego startu. Nie udało się. Thunder zanotował solowy przejazd od pierwszej kwarty, wykorzystując aż 34 punkty z niecelnych rzutów (turnoverów) rywali, a do tego dorzucając fantastyczną skuteczność z dystansu (22/40 zza łuku!). Jak powstrzymać tak naoliwioną maszynę? To pytanie, na które odpowiedź zdaje się być niezwykle trudna.

Bilans 24-1 i szesnaście kolejnych zwycięstw, wliczając niepokonane mecze u siebie od startu sezonu, legitymizują dyskusję: czy Oklahoma City Thunder są w stanie pobić rekord 73 zwycięstw Golden State Warriors z sezonu 2015-2016? Kiedy grają na takim poziomie, aspiracje do tego są absolutnie realne.

Dodatkowo, to zwycięstwo oznacza powrót do Las Vegas na Finałową Czwórkę Pucharu NBA – sukces powtórzony rok po roku. Thunder stają się pierwszym składem z Konferencji Zachodniej, który dwa lata z rzędu dotarł do tego etapu rozgrywek (wcześniej dokonały tego Bucks w latach 2023 i 2024 na Wschodzie). Po zeszłorocznym rozczarowaniu w finale, celem staje się ostateczny triumf w tym nowym, prestiżowym turnieju.

Dyskusja

Komentarze 0

Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.

Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.

Twój głos

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką są wymagane.

Turnstile ogranicza automatyczny spam. Nie publikujemy adresu IP ani danych technicznych przeglądarki.