Blazers gromią Warriors: duet Sharpe-Grant deklasuje Curry'ego w festiwalu trójek.

Czy Portland Trail Blazers naprawdę potrafią zdominować Golden State Warriors? Po raz trzeci w tym sezonie odpowiedź brzmi: tak, choć wydawało się to niemożliwe! Nawet 48 punktów z 12 trójkami Stephena Curry'ego nie wystarczyło, gdy duet Sharpe-Grant popisał się identycznym wynikiem zza łuku.

Magia Curry'ego kontra "Duo Dominacji" – co się stało na parkiecie?

Mecz zaczął się od wyraźnej sygnalizacji, że Warriors nie będą mieli łatwej przeprawy. Steve Kerr postawił na klasyczny ustawienie wyjściowe z Quintenem Postem wspierającym Draymonda Greena pod koszem oraz Mosesem Moodym na obwodzie u boku Curry’ego i Jimmy'ego Butlera. O ile Curry od razu złapał "iskrę", udowadniając dlaczego wciąż jest globalną ikoną, o tyle reszta składu wydawała się izolowana. Sidy Cissoko pokazał dobrą dyspozycję, ale prawdziwy problem dla drużyny z San Francisco stanowił duet Shaedon Sharpe i Jerami Grant. Ta dwójka była po prostu nie do zatrzymania. Już na starcie, gdy Blazers wyszli na prowadzenie 20-14, Kerr musiał reagować, wywołując wymuszony czas. Dopiero Brandin Podziemski tchnął nieco życia w szeregi Warriors, a Buddy Hield zamknął kwartę z minimalną stratą (34-31).

Druga połowa zamieniła się w prawdziwy festiwal rzutów za trzy punkty. Oczywiście, w tym "konkursie celności" Stephen Curry był bezkonkurencyjny – jego 12 celnych trójek to rewelacja sama w sobie. To właśnie jego fenomenalny występ pchnął Warriors do 10-punktowego prowadzenia na starcie czwartej kwarty (109-99). Wydawało się, że mistrzowska maszyna w końcu odpaliła. Wówczas jednak Tiago Splitter, trener Blazers, wykonał mistrzowski ruch: zaczął podwajać, a nawet trójosobowo izolować Curry'ego wyżej na parkiecie. Wykorzystując atuty fizyczne swoich graczy, Blazers zorganizowali serię 12-0, napędzaną fantastyczną grą Granta. Kiedy Curry zszedł odpocząć, Moses Moody chwilowo zatrzymał lawinę, a Podziemski utrzymał kontakt z dystansu. Powrót Curry'ego zastał stan 121-119 dla gospodarzy – walka trwała w najlepsze.

Koniec "Clutch Time" – czy Curry zawiódł w najważniejszych momentach?

Nastąpiło piekielnie intensywne wymienia ciosów. Decydujące akcje były rozgrywane na granicy faulu, a wynik bujał się jak na sinusoida. Deni Avdija, po akcji typu "and-one", dał Blazers prowadzenie 127-126. Curry natychmiast odpowiedział trójką, podnosząc wynik na 129-127, ale zaraz potem Jerami Grant powtórzył scenariusz, zdobywając punkty z faulem (130-129).

I tu zaczyna się kontrowersja. Curry, nawet pod podwójną asystą, obsesyjnie szukał decydującego rzutu za trzy, który zamknąłby mecz. Nie trafił. Jimmy Butler zebrał piłkę i dał mu drugą szansę, ale Curry skiksował rzut na lay-upie. Piłka trafiła do Butlera, który próbował dobić, ale i on się pomylił dwukrotnie. Po chaosie pod koszem, Avdija odzyskał posiadanie i zapewnił sobie dwa punkty z linii rzutów wolnych po faulu (132-129). Gdy Warriors mieli 20 sekund na wyrównanie, Curry niestety stracił piłkę na skutek podwójnego krycia, a Blazers pomknęli do zwycięstwa 136-131. Tak, to ich pierwsze zwycięstwo w ostatnich czterech starciach.

„He is called the greatest shooter of all-time for a reason???.”

Pytanie, które zadają kibice, brzmi: czy Curry podjął złe decyzje w kluczowych sekundach, czy może po prostu jego koledzy z drużyny nie byli w stanie go wesprzeć, kiedy on sam był obiektem niesamowitej presji defensywnej?

Co zabieramy ze sobą z tej koszykarskiej wojny?

Stephen Curry samotny na placu boju. Statystyki Curry'ego są kosmiczne. Zanotował swój 45. mecz z minimum 40 punktami po ukończeniu 30. roku życia, wyprzedzając tym samym legendę, jaką jest Michael Jordan. Szkoda, że jego historyczny wysiłek został przyćmiony przez dwa wątpliwe wybory w ostatniej minucie gry. Kiedy grasz tak genialnie, musisz mieć pewność, że decyzje w "money time" są absolutnie optymalne.

Draymond Green na krawędzi. Powrót Greena przyniósł mieszane uczucia. Był niespokojny, głośno dyskutował z sędziami i momentami z własnymi kolegami z zespołu. Sześć strat i tradycyjny techniczny faul – to jego wizytówka z tego wieczoru. Jego energia była widoczna, ale często destrukcyjna dla płynności gry Warriors.

Solidna praca pod koszem Blazers. Portland zaprezentowało dziś inną twarz, z kompletnie obsadzonym "pomalowanym". Powrót centra Donovana Clingana oraz zmiennika Roberta Williamsa III, którzy byli wyłączeni z gry przez kontuzje i choroby, totalnie zmienił oblicze gry pod tablicą. Razem zanotowali 14 punktów, 21 zbiórek, sześć asyst i trzy bloki. Musimy pamiętać o fenomenalnym podaniu Clingana, które umożliwiło alley-oop dla Toumaniego Camary w decydującej fazie meczu. To pokazuje, że mimo problemów w lidze, Blazers potrafią zaskoczyć, gdy ich skład jest kompletny.

Dyskusja

Komentarze 0

Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.

Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.

Twój głos

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką są wymagane.

Turnstile ogranicza automatyczny spam. Nie publikujemy adresu IP ani danych technicznych przeglądarki.