Arsenal deklasuje Tottenham w derbach północnego Londynu.
Północny Londyn zadrżał w posadach, a Arsenal zafundował Tottenhamowi bolesną, historyczną klęskę na ich własnym terenie, wygrywając 4:1 w derbowym starciu.
Demolka na White Hart Lane: Jak Arsenal wykonał egzekucję na odwiecznym wrogu
Derby Północnego Londynu od zawsze gwarantują chaos, ale ten niedzielny zaczął się od absurdu. Zanim gra w ogóle nabrała tempa, sędziowie zafundowali fanom pięciominutową przerwę z powodu "farsowego błędu komunikacyjnego" – coś, co idealnie oddaje stan ducha panujący wokół Tottenhamu w ostatnich tygodniach. Mimo tego chwilowego spowolnienia, Arsenal narzucił swój styl.
Eberechi Eze, odwieczny postrach Kogutów, otworzył wynik w 32. minucie. Po zamieszaniu w polu karnym, po asyście Bukayo Saki, były cel transferowy Tottenhamu dopadł do piłki i huknął podwójną próbą, dając gościom zasłużone prowadzenie. Niestety dla kibiców Kanonierów, ich radość trwała zaledwie dwie minuty. Błąd? Nie, to było coś gorszego, moment "głupoty", jak określił to komentator, popełniony przez Declana Rice'a blisko narożnika własnego pola karnego. Rice podarował piłkę Francuzowi, Randalowi Kolo Muaniemu, który nie zmarnował okazji, by wjechać w pole karne i posłać nie do obrony strzał pod poprzeczkę. To było klasyczne deja vu dla kibiców Artety – szybka strata prowadzenia.
Jednak to, co wydarzyło się później, odróżniło ten zespół od tych, które zawodziły wcześniej w Wolverhampton czy Brentford. Arsenal nie pęknął. Już dwie minuty po wznowieniu drugiej połowy Viktor Gyökeres, napastnik, który staje się definicją strzelca dla Kanonierów, wbił szpilę w serca fanów Spurs. Po długim podaniu od Jurriena Timbera, Szwed precyzyjnym uderzeniem podkręconym pokonał Guglielmo Vicario. Co ciekawe, kluczową rolę odegrał w tym akcji Eze, odciągając obrońcę.
Kontrowersje, dublety i walka o przetrwanie Spurs
W okolicach 54. minuty emocje sięgnęły zenitu, gdy Kolo Muani zdobył, jak się wydawało, bramkę na 2:2. Publiczność na stadionie Tottenhamu oszalała, ale radość skróciła decyzja sędziego. Francuz został ukarany za – zdaniem arbitra – popchnięcie Gabriela Magalhãesa. Replaye pokazały może minimalny kontakt, ale teatralny upadek Brazylijczyka przeważył. Jak słusznie zauważono, "to nie był dzień Spurs".
Arsenal wykorzystał ten moment, aby zadać kolejny cios. W 61. minucie Eze skompletował dublet, zamykając akcję po kombinacyjnym rozegraniu z Gyökeresem i Saką. Piłka po odbiciu od João Palhinhy wpadła idealnie pod nogi snajpera, który wbił ją do siatki. Tego wieczoru Eze po prostu "wybiera sobie Spurs na ofiary", notując już pięć goli przeciwko nim w Premier League, co stawia go w jednym rzędzie z legendami klubu, takimi jak Thierry Henry i Robin van Persie w liczbie bramek w tym konkretnym meczu ligowym.
W doliczonym czasie gry, w 90+4 minucie, wszystko przypieczętował Gyökeres. Wprowadzony z ławki Martin Ødegaard idealnie posłał mu piłkę w lewy kanał, a Szwed, z łatwością odpychając obrońcę, wykończył akcję precyzyjnym strzałem w samo okienko. To był nokaut.
Werdykt Mola i olśniewające statystyki
Dla Kanonierów ten mecz był sprawdzianem charakteru. Po bolesnej porażce (wspomnianej jako "coś absolutnie żenującego" w kontekście poprzedniego występu w Molineux), podopieczni Artety udowodnili, że wyciągnęli wnioski. Choć błędy indywidualne, jak ten Rice’a, muszą zostać wyeliminowane, sposób, w jaki drużyna zareagowała na potknięcie, był odświeżający dla kibiców. Jak podsumowano: "dzisiejsze występy pokazują, dlaczego [Arteta] wciąż prowadzi w stawce".
Tymczasem dla Tottenhamu pod wodzą Igora Tudora sytuacja staje się dramatyczna. Mają zaledwie cztery punkty przewagi nad strefą spadkową, a na boisku widać było stare problemy, które powracają jak bumerang. Statystyki nie kłamią: Arsenal dominował posiadaniem piłki (61% do 39%) i zdecydowanie w liczbie strzałów (20 do 6).
Piękno tego wieczoru dla Arsenalu podsumowuje statystyka: różnica bramek Arsenalu w lidze to +34, podczas gdy Tottenham ma 29 punktów – to pokazuje skalę przepaści między ambicjami obu klubów. Do tego dołóżmy Gyökeresa, który ma dziesięć udziałów w bramkach we wszystkich rozgrywkach w 2026 roku – najwięcej spośród graczy Premier League! Choć wybór Man of the Match mógł paść na Eze, który skompletował dublet, to Gyökeres, dwukrotnie popisując się mistrzowskimi uderzeniami, zgarnął tę zaszczytną nagrodę, udowadniając, że jest idealnym uzupełnieniem ofensywy.
Co dalej? Tottenham czeka starcie z Fulham na Craven Cottage, a Arsenal czeka hit na Emirates Stadium przeciwko Chelsea. Jedni będą walczyć o utrzymanie choćby minimalnego dystansu, drudzy o utrzymanie prowadzenia w wyścigu o tytuł.
Dyskusja
Komentarze 0
Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.
Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.