To nie miał być mecz o wszystko, a Kanonierzy zagrali tak, jakby walczyli o tytuł Ligi Mistrzów. Arsenal w wielkim stylu przypieczętował awans do 1/8 finału, gromiąc Inter Mediolan 3:1 na ich własnym stadionie San Siro. Triumf ten to nie tylko formalność, ale potężny sygnał dla całej europejskiej elity: ta generacja Arsenalu ma apetyt na znacznie więcej niż tylko „wyjście z grupy”.

zemsta na San Siro i pokaz siły Mikela Artety
Nie można lekceważyć faktu, iż Arsenal przybył do Mediolanu z celem zatarcia nieprzyjemnego wspomnienia z zeszłorocznej porażki 0:1 z Nerazzurri na tymże obiekcie. Mikel Arteta, znany ze swojej obsesji na punkcie detali i nieustannego dążenia do perfekcji, musiał być zadowolony z przebłysku geniuszu swoich podopiecznych. Choć miejsce w fazie pucharowej było już praktycznie pewne, forma, w jakiej drużyna to osiągnęła, budzi respekt.
Zaczęli z impetem godnym mistrzów. Gabriel Jesus, napastnik, którego forma bywała ostatnio przedmiotem dyskusji, wziął sprawy w swoje ręce i otworzył wynik już we wczesnej fazie meczu. To było otwarcie z przytupem. Inter zdołał wyrównać po fantastycznej, choć dla Kanonierów bolesnej, „rakiecie” autorstwa Petara Sučicia, ale to tylko podsyciło głód Kanonierów. Jesus, niczym drapieżnik czekający na błąd, dwukrotnie doprowadził Arsenal do prowadzenia, demonstrując instynkt snajpera, którego niektórzy mu zarzucali.
Druga połowa to już kontrolowana dominacja. Inter próbował, ale ich naporowi brakowało polotu, a wejście na murawę Viktora Gyökeresa przypieczętowało Los Kanonierów. Szwed strzelił gola, który ustawia Artetę przed miłym dylematem przed weekendowym starciem z Manchesterem United. Arsenal notuje siedem kolejnych zwycięstw w rozgrywkach UEFA – to klubowy rekord, o którym nikt jeszcze dekadę temu by nie pomyślał. Z 21 punktami na koncie, są pewni czołowych dwóch pozycji, podczas gdy dla Interu to historyczna seria trzech porażek z rzędu w Champions League.
Niewiele zespołów może pochwalić się zwycięstwami 3:1 nad Bayernem Monachium i Interem w tym samym sezonie, ale Arsenal z kolejką na kolejką umacnia swoje aspiracje w Lidze Mistrzów.
Po niezbyt inspirującym ostatnim remisie z Nottingham Forest i przy zbliżającym się hicie z Manchesterem United, można by się spodziewać, że Arsenal odpuści rezerwowy skład. Nic bardziej mylnego. Ich wtorkowa postawa to jawna demonstracja, że dla tej ekipy nie ma „drugiego składu”, są tylko gracze gotowi do walki. Cristian Chivu i jego Inter zostali zdemolowani we wszystkich aspektach gry.
boskie gole na San Siro: od Tikitaki po atomowe strzały
San Siro, świątynia futbolu, było świadkiem spektaklu, który połączył estetykę i skuteczność. Bramki strzelane przez Arsenal to niemal lekcja historii futbolu, przeplatana współczesną, zabójczą efektywnością.
W dziesiątej minucie zobaczyliśmy powrót do „starej szkoły” Arsenalu. Gra oparta na precyzyjnym, jednotouchowym futbolu zakończyła się kuriozalnym błędem obrony Interu, a Gabriel Jesus, idealnie ustawiony przez sprytne zagranie (z pewnością na granicy spalonego Jurriena Timbera), dobił piłkę do siatki.
„Instynkt kłusownika, którego może brakowało ostatnio na froncie Arsenalu.”
Chwilę później Petar Sučić odpowiedział czymś, co można nazwać czystą magią. Po zablokowanych próbach i walce w polu karnym, piłka spadła idealnie pod nogi Chorwata, a jego precyzyjne uderzenie z pierwszej piłki poleciało w samo okienko bramki. Bramka godna tego stadionu.
Ale to Jesus ustalił wynik pierwszej połowy po schemacie, który fani Kanonierów doskonale znają: stały fragment gry. Dośrodkowanie Saki na dalszy słupek, zgranie Trossarda głową do poprzeczki i dobitka Brazylijczyka – klasyka.
Najpiękniejsza wisienka na torcie wypadła w osiemdziesiątej czwartej minucie i należała do rezerwowego. Viktor Gyökeres otrzymał niesamowity, prostopadły przerzut od Gabriela Martinellego. Choć wydawało się, że podał zbyt mocno do szybkiego Saka, ten wykazał się niesamowitym wyczuciem, kozłując piłkę piętką prosto pod nadbiegającego Szweda. Co za akcja! Gyökeres wykończył ją arcydziełem, posyłając zakrzywiony strzał, który obił słupek i wpadł do bramki – nawet interwencja Yanna Sommera na niewiele się zdała.
„Gyökeres z WOLNĄ, by wykończyć w Mediolanie! ✨”
jesus – dlaczego arteta wciąż go ceni?
Mamy potworny dylemat w ataku, ale Gabriel Jesus udowodnił fanom, dlaczego Arteta – pomimo wszystko – widzi w nim wartość absolutną. Dwa gole na San Siro, przeciwko takiemu przeciwnikowi, to nie przypadek. To dowód na to, że ten zawodnik, ledwie kilka tygodni po powrocie po kontuzji wykluczającej go na 11 miesięcy, ma ten niezbędny „predatorski instynkt”.
Jego ruch bez piłki, ciągłe balansowanie na krawędzi spalonego i umiejętność wykreowania chaosu w obronie rywala to elementy, których nie da się nauczyć z dnia na dzień. To dlatego wielu Gooners domagało się jego szybkiego powrotu do pierwszego składu w Premier League; on po prostu potrafi być w miejscach, gdzie piłce najłatwiej wpaść do siatki.
Kluczowe statystyki z meczu pokazały wyrównaną walkę w posiadaniu piłki (51% Inter – 49% Arsenal) i strzałach (18 do 17 dla Interu), jednak to Arsenal był zabójczo skuteczny w celności (6 strzałów celnych do 4 Interu).
Jeśli chodzi o statystyki historyczne, Gyökeres (9 goli we wszystkich rozgrywkach wśród letnich transferów z Premier League) depcze po piętach czołówce, podczas gdy Jesus właśnie wyprzedził w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów legendy takie jak Robin van Persie i Olivier Giroud.
Co dalej? Inter musi szybko odnaleźć się przed kluczowym wyjazdem do Dortmundu. Dla Arsenalu z kolei, mecz z Kairatem pozostaje tylko formalnością, a prawdziwym testem będzie starcie z Manchesterem United. Biorąc pod uwagę, jak pewnie Kanonierzy radzą sobie z rywalami z absolutnej czołówki, nadchodzą niesamowite emocje.