Niesamowity spektakl: Manchester City zremisował 5:4 z Fulham po historycznym meczu.
Co za szaleństwo na Craven Cottage! Manchester City wygrał 5:4 z Fulham, ale sposób, w jaki to zrobili, przyprawił Pepa Guardiolę o zawał. W obliczu historycznego wyczynu Erlinga Haalanda, Obywatele omal nie spalili za sobą mostów w wyścigu o tytuł, eksponując niespotykane wcześniej słabości.
Tysięczny gol Haalanda i cztery stracone bramki – co tu się stało?
Wtorkowy wieczór w Londynie zapisał się złotymi, a może raczej krwawiącymi literami w annałach Premier League. Manchester City dopisał do swojego konta ekscytujące zwycięstwo 5:4 nad beniaminkiem, co pozwoliło nieco zmniejszyć stratę do Arsenalu do zaledwie dwóch punktów, zanim Kanonierzy zmierzą się z Brentford. Ale ten wynik, ta karambola, przyćmiła niemal wszystko.
Początek był dokładnie taki, jakiego oczekiwano. Erling Haaland otworzył wynik, notując swój setny gol w Premier League. Zróbmy tu małą pauzę, bo to jest absolutny rekord – osiągnięcie tej magicznej granicy w tak rekordowym czasie to dowód geniuszu Norwega. Choć w tym meczu strzelił tylko raz, jego wyczyn zasługuje na celebrację.
Jednak to, co wydarzyło się później, przerasta wszelkie wyobrażenia o drużynie Pepa Guardioli. Obywatele prowadzili 3:0, potem 4:1, a w 57. minucie wydawało się, że mają wszystko pod kontrolą przy stanie 5:1! Wtedy Marco Silva dokonał zmian, a Fulham nagle ożyło. Bramki Alexa Iwobiego oraz dublet Samuela Chukwueze sprawiły, że końcówka była nerwowa, a City desperacko broniło prowadzenia.
Jak donosi Opta, to, co wydarzyło się na Craven Cottage, jest absolutnym ewenementem. Był to pierwszy raz, kiedy Manchester City stracił cztery bramki, wygrywając jednocześnie mecz ligowy od 2 grudnia 1957 roku! Wtedy pokonali Sheffield Wednesday również 5:4. Pod wodzą Guardioli, zwłaszcza w erze Premier League, taka defensywna dziura jest czymś niespotykanym – to anomalia. Na szczęście dla City, w doliczonym czasie gry czwarta bramka Fulham nie zamieniła się w katastrofalne wyrównanie, gdy obronna interwencja uratowała sytuację po strzale zmierzającym do siatki.
Czy ligowe wyjazdy pogrążą Obywateli w głębokim dołku zaufania?
Fakt, że City traci aż 16 goli w 14 ligowych występach, stawia poważne pytania o ich aspiracje do obrony tytułu. Równie niepokojące są statystyki dotyczące gry na wyjazdach. Podczas gdy machina Guardioli na Etihad Stadium jest niemal nie do zatrzymania – 18 punktów na 21 możliwych, 19 strzelonych goli – to na obcych stadionach sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
W obecnej kampanii 2025/2026, Obywatele wygrali zaledwie trzy z siedmiu meczów wyjazdowych, notując przy tym trzy porażki i jeden remis. To bilans daleki od mistrzowskiego. Takie rozjeżdżanie rywali u siebie i jednoczesne potykanie się na wyjazdach może być decydujące w walce z rozpędzającym się Arsenalem Mikela Artety.
Na Etihad City straciło raptem kilka bramek (zaledwie tyle, co Arsenal u siebie), ale na wyjazdach ta szczelność po prostu znika. Jeśli City ma zdobyć dziewiąty tytuł Premier League, musi natychmiast załatać tę dziurę w obronie, bo samo poleganie na bramkostrzelności Haalanda, nawet jeśli jest on maszyną strzelającą gole, nie wystarczy, gdy przeciwnicy regularnie wbijają im cztery sztuki. To rodzi pytanie: czy ta dysproporcja między domem a wyjazdem nie będzie gwoździem do trumny ich defensywnej hegemonii?
Dyskusja
Komentarze 0
Bez konta i bez adresu e-mail. Każdy wpis sprawdzamy przed publikacją.
Jeszcze nikt nie skomentował.Możesz rozpocząć rzeczową dyskusję.