Powrót do szaleństwa? Patrząc na to, co dzieje się na Old Trafford w lutym 2026 roku, można odnieść wrażenie, że historia Manchesteru United lubi zataczać koło, i to w najbardziej przewidywalny, a zarazem frustrujący sposób. Jeżeli definicja szaleństwa to powtarzanie tych samych czynności w oczekiwaniu innych rezultatów, Czerwone Diabły właśnie wpadły w kolejną periodyczną spiralę obłędu. Po odejściu Rubena Amorima, z Darrenem Fletcherem tymczasowo na straży, a w tle szepczących plotek o powrocie Ole Gunnara Solskjaera, czujemy się jak w odgrzewanym serialu, który widzieliśmy już zbyt wiele razy. Te ligowe remisy z ekipami z dna tabeli – 16., 19. i 20. miejsca – to z pewnością nie jest „świeży start po świętach”, na który czekali kibice United.

Czy historia znowu pisze się na czerwono i brązowo?
Mamy styczeń 2026 roku, a sytuacja w Manchesterze United przypomina jazdę po górskiej drodze bez trzymanki, gdzie zmiana menedżera jest równie szybka, co nieskuteczna. Odejście Amorima i tymczasowe przejęcie sterów przez legendę klubu, jakim jest Fletcher, to klasyczny scenariusz reagowania na kryzys, który powinien dawno zostać wycofany z obiegu. Tymczasem Brighton & Hove Albion, choć również mają swoje problemy – notują serię remisów, wiążąc cztery z ostatnich siedmiu spotkań ligowych – wydają się na tle United stabilniejszą jednostką, choć ich kibice z pewnością liczą na więcej po udanym wtorku.
Kontekst historyczny tego starcia tylko dodaje pikanterii. Choć ostatnie pamiętne starcie w FA Cup trzy lata temu zakończyło się dla United triumfem w rzutach karnych po remisie 0:0 w półfinale, prawdziwy dreszcz emocji budzi wspomnienie roku 1983. Wtedy Brighton dotarło do swojego – jak dotąd jedynego – finału Pucharu Anglii, mimo że spadł z First Division! Ich marzenia o triumfie rozwiał w ostatnich minutach Finału Gordon Smith, który nie wykorzystał sytuacji sam na sam z niezawodnym Garym Baileyem. United wygrali powtórzony mecz 4:0. Chociaż ostatnie wyniki „Mew” przeciwko United są lepsze – sześć zwycięstw w dziewięciu meczach, łącznie z dubletem w lidze w poprzednim sezonie – to październikowe spotkanie na Old Trafford, gdzie dwa gole Bryana Mbeumo przypieczętowały wygraną Czerwonych Diabłów 4:2, pokazuje, że bilans bywa płynny.
Czy Welbeck znajdzie motywację przeciwko swojej matczynej potędze?
Rozpoczynając analizę formy, musimy odnotować promyk nadziei w United. Benjamin Šeško, pomimo początkowych trudności, w końcu zaczął trafiać do siatki. Dwa gole strzelone Burnley w ligowym remisie 2:2 to niewątpliwie pozytywny akcent, podwajający jego dorobek bramkowy w Premier League. Oczywiście, mówienie o £74 milionach transferu jako o „sukcesie” jest na razie przedwczesne, ale to jakiś punkt wyjścia.
Z drugiej strony Brighton prezentuje syndrom rozproszonego zagrożenia pod bramką rywala. Ich ostatnie sześć goli w lidze zostało strzelonych przez sześciu różnych piłkarzy. To dowód na to, że zagrożenie może nadejść z różnych stron, nawet jeśli menedżer Fabian Hürzeler zdecyduje się na rotację składu, co jest wysoce prawdopodobne biorąc pod uwagę ich dyscyplinę – Brighton zebrało aż 18 żółtych kartek w ostatnich czterech meczach ligowych!
W tym starciu na pewno warto zwrócić uwagę na Danny’ego Welbecka. Były zawodnik United, który przez pewien czas był nawet kandydatem do powrotu do kadry Anglii dzięki sufraktowi formy pod koniec 2025 roku, teraz nieco przygasł, notując tylko jedno trafienie w ostatnich ośmiu występach. Czy nie ma lepszego momentu i przeciwnika, by znów rozpalić iskrę, niż mecz z klubem, który wypuścił Cię z rąk ponad dekadę temu? To idealna sceneria dla osobistej zemsty na boisku.
Kontuzje i zawirowania związane z AFCON – kto utrzyma nerwy na wodzy?
Obie drużyny muszą radzić sobie z brakami kadrowymi, co w pucharowych rozgrywkach zawsze jest czynnikiem destabilizującym. W Manchesterze United najbardziej odczuwalny jest brak Bryana Mbeumo (który był kluczowy w październiku), Amada i Noussaïra Mazraouiego, którzy pozostają na Pucharze Narodów Afryki. Dodatkowo, Matthijs de Ligt z urazem pleców jeszcze nie jest gotowy do gry.
Brighton, choć ma tylko Carlosa Balebę na turnieju w Afryce, zmaga się z poważniejszą listą absencji kontuzjowanych. Stefanos Tzimas, Adam Webster, Solly March i Mats Wieffer są poza grą. Do tego dochodzą jeszcze znaki zapytania nad stanem zdrowia Joela Veltmana, Charalamposa Kostoulasa oraz Yankuby Minteha. Ta długa lista urazów wymusza na Hürzelerze pewną elastyczność, co w meczu pucharowym przeciwko niestabilnemu gigantowi może być zarówno siłą, jak i pułapką.
Remisowy klan kontra klub w kryzysie – szansa na karne?
Brighton z pewnością patrzyło z zazdrością, jak ich arcyrywale z Crystal Palace zdobywają swoje pierwsze poważne trofeum w maju, wygrywając właśnie ten puchar. Problem Słońca i Mórz polega na ironicznej, ale konsekwentnej niekonsekwencji – potrafią zremisować u siebie z Wolves, by tydzień później uzyskać identyczny rezultat na wyjeździe u Manchesteru City. To stabilność w niestabilności, która w tym sezonie bywa irytująca.
Manchester United, natomiast, kontynuuje trend ignorowania wszelkiej racjonalnej analizy sportowej. Ostatni kryzys to wynik sporów infrastrukturalnych, a niekoniecznie katastrofalnych wyników, co tylko podkreśla instytucjonalny bałagan. Pamiętajmy, mimo całego zamieszania, United stracili w lidze tylko jedno z ostatnich dziewięciu spotkań! Problem? Zremisowali pięć z tych dziewięciu. Skombinowany rekord obu ekip – nawyk do remisowania kontra nieprzewidywalność – sprawia, że kolejny remis wydaje się wysoce prawdopodobny. Biorąc pod uwagę, że United od października zachowali czyste konto tylko raz, a Brighton potrafi zaskoczyć, ten mecz bezsprzecznie może dojść do serii rzutów karnych. Osobiście, idąc na całość – obstawiam szalony remis 3:3, zwycięstwo Brighton w karnych i niezliczone, komiczne kompilacje na YouTubie, które dostarczą nam rozrywki w poniedziałek rano.